Jak teraz będziemy trenować?

Pat w końcu powoli zaczyna wracać do biegania, nie na 100% bo jeszcze nie może, ale i tak daje sobie wycisk. Dlaczego zaczynam akurat od tej informacji? Wspólne treningi siłowe, czy też właśnie bieganie weszło mi tak w krew, że jak robię to sam to mi po prostu dziwnie. Cieszę się więc i raduje i tryskam zapałem, że w końcu pobiegamy razem 😉

Myślę, że wszystko się super złożyło w czasie, kilka miesięcy dość mocno przyłożyliśmy się do treningów siłowych. Wyćwiczyliśmy sobie fajną bazę, wzrosła nam ogólna siła, wytrzymałość siłowa, sprawność ogólna. Dodatkowo wrzucałem nam po treningu krótkie interwały zakończone cardio, więc łącznie 1,5-2h treningu poprawiło nam ogólna wydolność. Teraz kiedy Pat może już biegać i nasze ciała są gotowe, chce zacząć wprowadzać elementy treningu, które będą ukierunkowane na bieganie. Od razu powiem, że treningu siłowego nie będziemy odpuszczać całkowicie, bo go uwielbiamy ;).

Żeby przebiec maraton musimy przygotować przede wszystkim nasze ciała do bardzo długiego wysiłku. Więc, żeby zmieścić nasze treningi siłowe w dwóch jednostkach treningowych, będziemy musieli trochę zwiększyć ich objętość (czyli czas treningu). Myślę, że wpłynie to na plus przygotowań pod kątem zwiększania czasu pracy naszych organizmów. Cardio będziemy robić wyłącznie już na bieżni, głównie trucht, chodzenie pod górę chciałbym zminimalizować bądź całkowicie wykluczyć. Co z trzecim treningiem na siłowni? Planuje trening obwodowy z aktywnym wypoczynkiem tzn. Ćwiczenie – aktywny wypoczynek – ćwiczenie – aktywny wypoczynek – …. za aktywny wypoczynek uważam ćwiczenia, które nie są dla nas obciążające np. pajacyki, trucht bokserski czy skręty tułowia w przeskokach. Tutaj wysiłkiem głównym chciałbym, żeby były ćwiczenia dynamiczne – wyskoki na skrzynie, sprinty w miejscu z gumą treningową, półprzysiady z podskokiem itp. Chciałbym dorzucić też ćwiczenia z większym obciążeniem jak np. swingi czy martwy ciąg. Mam już zebraną listę ćwiczeń, musimy wybrać się z Pat i zrobić przykładowy trening i go do siebie doszlifować.

Jeżeli chodzi o dni nietreningowe (czyt. bez siłowni) planujemy jak najwięcej biegać, narazie zwiększać częstotliwość biegów nawet na krótszych dystansach i na niskim tempie, byle żeby w tygodniu czasowo biegać więcej.

Taki mam pomysł na nas i nasze treningi w chwili obecnej. Czuję, że na chwile obecną będzie to dla nas najbardziej korzystnym rozwiązaniem treningowym. Jak wyjdzie w rzeczywistości? Będziemy meldować na bieżąco 😉

Mich

Treningi, dieta, motywacja i wyczekiwane efekty.

Chcę się z Wami podzielić jak wyglądał przed listopadem 2018 roku i jak wygląda teraz mój klasyczny tydzień. Ile czasu poświęcam na treningi i na dietę, czego mocno pilnuję, a co sobie czasem odpuszczam.

Przed listopadem 2018 roku nie chciało mi się ćwiczyć i trzymać diety. Tak jak już we wcześniejszym wpisie wskazałam, że około dwóch lat temu jak zrobiłam cheat meal tak się obudziłam w zeszłym roku w za małych spodniach. Mój klasyczny tydzień wyglądał tak: start dnia bez śniadania, w ciągu dnia wrzucony w „przydrożnym barze – mc czyli restauracja złote łuki, kurczaki niby z kentucky, burger król etc”, potem obiad w domu z duuuuużą ilością węgli i winko albo piwko wieczorem. Czasem wrzucone chipsy, kabanoski, sery, co dusza zapragnie. Żabka była 30 m od domu i każda zachcianka na wyciągnięcie ręki. Oczywiście przy takiej diecie mój zapał do treningów był na poziomie -1, a kondycja wołała o pomstę do nieba. To wszystko dodało mi 12 kg w przeciągu półtora roku. Wiadomo, że kochanego ciała nigdy za wiele, ale … chyba nikt w to nie wierzy.

Na szczęście zatrzymałam się i powiedziałam, że czas wrócić do tego co przecież lubię. Ubrałam buty i pobiegłam. Było ciężko, nawet bardzo. Po półtora km musiałam przestać, oddech ciężki, kłucie w klatce, ogólne wkur(w)ienie na samą siebie. Ale nie odpuściłam. Na połowę stycznia umówiłam się do dietetyczki, a od samego początku stycznia wrzuciłam regularne treningi biegowe i siłowe oraz racjonalną dietę. I jak to teraz u mnie wygląda.

Posiłki jadam od czterech do pięciu dziennie, rozłożone są co 3-4 godziny. Śniadanie to podstawa i o ile nie idę na trening na 6:30 to zjadam je w domu, a gdy trening to po treningu. Przed treningiem pół banana. Śniadanie jest białkowo-węglowe, często są to musli z jogurtem i białkiem proteinowym, pudding chia na mleku kokosowym z owocami, jajecznica albo pasta jajeczna z grahamką. Lubię też parówki mimo, iż wiem że nie są zbyt zdrowe, ale staram się kupować te wysokogatunkowe. Kawy praktycznie już nie pijam, odkąd ćwiczę i jem dość zdrowo mój organizm się jej nie dopomina. Jak już po nią sięgam to wyłącznie dla smaku. Potem jest drugie śniadanie, po zachodniemu to „lunch” – zazwyczaj jest to sałatka z około 100g kurczaka lub półtorej jajka. Warzywa różne, co mam pod ręką. Obiad jest naprawdę klasyczny tylko pilnuje żeby nie było panierek, oleju słonecznikowego (smażę tylko na kokosowym lub smalcu) i białych sosów, no i oczywiście glutenu. W spaghetti zamieniłam makaron klasyczny na ryżowy, a burgera robię bez bułki, ale za to z frytkami z ziemniaków lub batatów. Kolacja jest bardziej skromna, zazwyczaj jakaś sałatka bez węglowodanów. Piąty posiłek wrzucam jeżeli mam trening w ciągu dnia albo późnym wieczorem, jest to wtedy zazwyczaj jakiś owoc i musli, albo do wieczornego posiłku dorzucam węgle (ryż albo grahamkę). Nie zapominam oczywiście o wodzie, chociaż nadal mam problemy z wypiciem 3 litrów dziennie. Ciągle się zastanawiam jak to jest, że wino łatwiej jakoś się pije ;).

Czy czuję różnicę? Jak cholera i to prawie w każdym zakresie. Po pierwsze waga spadła, nie czuję się pełna i ociężała, mam znacznie więcej energii, nie chce mi się słodkiego (oprócz „tych dni”), nie pijam kawy ani napoi gazowanych (chyba, że prosecco w weekend, a w tygodniu sporadycznie piwo zero), cera jest zdecydowanie gładsza i bez tzw. niespodzianek, śpię lepiej, i mózg lepiej pracuje. Myślę, że to samopoczucie zawdzięczam nie tylko samej diecie, ale też treningom. Trenuje od czterech do pięciu razu w tygodniu, z czego co najmniej trzy treningi to trening siłowy około 1 h i cardio (bieżnia lub orbitrek) 30 min. Dwa pozostałe treningi to bieganie. Jak będę mogła więcej biegać to myślę, że zwiększę ilość treningów. Zazwyczaj biegam zaraz po pracy, ale teraz w tych upałach to wolę wieczorem. Dystans różny, ale waha się pomiędzy 5, a 8 km. Chciałabym powoli go zwiększać. Na siłownie zazwyczaj lecę z Michem przed pracą (6:30 trening start). Lubię z nim trenować bo on wie co robić, zna się na tym, zawsze skoryguje mi postawę i przypilnuje żebym miała odpowiedni ciężar. Każdy dzień mamy podzielony na inne partie ciała. I tak jednego dnia katujemy klatkę, biceps i brzuch, a innego barki i nogi w tym pupa, a kolejnego plecy i triceps. I tak tydzień za tygodniem kręci się nam w kółko. Michał myśli, żeby wrzucić nam jeden trening obwodowy, o czym ma zamiar też napisać. W sumie nie mogę się doczekać. Zawsze nowe rzeczy motywują do dalszego działania. Poza tym nasze ciała dostaną nowe bodźce, które także pozytywnie wpływają na nasz rozwój.

Przez ostatnie pół roku takiego życia wiele się u mnie zmieniło. Odeszło trochę kg, zamieniłam duuuuuużżżżżoooo tłuszczu na mięśnie, sylwetka zmieniła kształt i czuję się o 10 lat młodziej. Energi mam o wiele więcej i jestem na etapie kiedy nie chce mi się przestać. Kończąc jeden trening myślę o kolejnym, ale tak staram się to poukładać, żeby popołudnie mieć dla najbliższych. Czasami wyciągam dzieciaki na rower lub rolki, ale przy obecnej kondycji nie mogę tego zaliczać do kategorii treningu. Fajnie, że im się chce, a dla mnie to jest forma relaksu.  

A więc kochani może Wam się zechce też bo naprawdę warto, dla siebie i lepszego samopoczucia. Oczywiście przeciwko cellulitowi też;) A tak wracając do cellulitu, mój przyjaciel się mnie ostatnio zapytał czy wiem czemu on nie ma cellulitu. Oczywiście nie wiedziałam, ale już wiem. BO JEST BRZYDKI (nie kolega tylko cellulit).

Pat

O tym jak się zaniedbałem.

Tak, zaniedbałem się strasznie. Teraz im więcej ćwiczę, im więcej biegam, im bardziej staram się zwracać uwagę na to co robię ze swoim ciałem widzę, że jest dramat. Trochę to zabawne, w końcu się ruszam, wyniki w biegach mimo nadwagi myślę, że są akceptowalne, a jednak widzę, że długa droga przede mną. Nadwaga i słaba mobilność to takie moje dwa największe zmartwienia. O ile moja nadwaga nie jest, aż taka duża i da się z nią żyć, o tyle jednak mobilność woła o pomstę do nieba.

Kilka lat temu pracowałem jako trener personalny, prowadziłem zajęcia “Comando Fitness” i niedzielne Cross-run’y, więc tym bardziej wiem o czym mówię. Po skończonej przygodzie z siłownią i sportem, kiedy zmieniłem branże, totalnie spaliłem za sobą “zdrowe” mosty. Moje jedzenie przez ostatnie lata wyglądało w ten sposób: pierwsze co wpadało do moich ust to była kawa z mlekiem i 3 łyżeczki cukru, i tak w sumie wlewałem ją w siebie do 17-18 godziny, później powrót do domu i obżarstwo, trzeba nadrobić, w końcu cały dzień nic nie jadłem. To doprowadziło mnie do wieku metabolicznego 44 lat, a mam 29… Tłumaczyłem to sobie, chociaż totalnie niezgodnie z moją wiedzą, że przecież pracuje fizycznie to nic mi nie będzie, a jednak. W chwili obecnej mam już mniejszą nadwagę, z racji tego, że dołączyłem się do Pat i staram się jeść w miarę regularnie.

Jeżeli chodzi o moją mobilność, zawsze mogłem się poszczycić pełnym przysiadem tzw. ASS TO GRASS 🙂 faktycznie ta umiejętność mi została, chociaż już jest dla mnie mniej komfortowa niż była kiedyś. Jak już wspominałem wykonuje pracę fizyczną, która wymaga ode mnie w ciągu dnia dużej ilości przysiadów (raczej zejść na kolano), wejść na drabinę, wchodzenie po schodach z ciężkim materiałem itp. Niby fajnie – darmowa siłownia, śmieją się znajomi, ale zapomniałem tu o rozciąganiu, moje mięśnie są tak pospinane, że zacząłem zauważać jak podczas chodzenia idę jedną nogą “bardziej”, a jeden bark cofa się podczas chodu mocniej. Jestem krzywy ;P. Zacząłem ćwiczyć, biegać i znowu to rozciąganie przez ostatnie tygodnie kulało. a to brak czasu. a to zmęczenie, wiadomo zawsze coś. Do czego dążę?, otóż doprowadziło to do bólu kolana, upośledzone mięśnie pośladkowe, zbyt mocno spięty czworogłowy jednej z nóg i awaria gotowa. Podejrzewam, że mocniejsze spięcie mięśnia po jednej stronie wynika z pracy, nie z ćwiczeń, zazwyczaj klękam na jedną i tą samą nogę. Załóżmy 30 klęknięć dziennie, przez 5 dni jest 150, aż dziw, że nie mam ogromnej dysproporcji mięśniowej. Nie zrozumiała jest jednak dla mnie dysfunkcja moich pośladków, są ewidentnie słabe, dziś zrobiłem razem z Pat trening właśnie tych mięśni. Są naprawdę mega słabe, mimo skupienia czułem, że prostownik grzbietu stara się nadrobić i spina się przy niektórych ćwiczeniach, przy innych zaczęły spinać się “czwórki”, jest kiepsko. Na pewno w chwili obecnej będę je traktował priorytetowo, nie chce kolejnych kontuzji, jedno kolano wystarczy.

Zamierzam poważnie podejść do sprawy rozciągania i rolowania, nie raz w tygodniu jak to było zazwyczaj, ale znacznie częściej. Jeżeli chodzi o nadwagę to myślę, że tu nie mam nic do poprawienia, dzięki Pat zawsze mam co jeść w pracy (czasem też sam robię, ale chciałem ją tak oficjalnie docenić i pochwalić 🙂 ), więc tu pozostaje mi tylko wytrwałość w jedzeniu i piciu 🙂

Pamiętajcie, dbajcie o to co wydaję się błahe jak np. rozciąganie. Kontuzji jak widać można się nabawić nie tylko przez brak rozgrzewki czy w trakcie treningu. Ważne jest też to, co robimy po nim.

Mich

6 Bieg do źródeł w Gdańsku – nasze wrażenia.

W sobotę 15.06 braliśmy całą rodziną udział w super wydarzeniu – 6 Biegu do Źródeł w Gdańsku. Organizacja i atrakcje tam zapewnione zrobiły na nas tak pozytywne wrażenie, że chcemy się tym z Wami podzielić. A nóż skorzystacie w przyszłym roku :).

Jakieś trzy tygodnie temu Mich rozglądając się za biegami w okolicy natknął się na festyn wraz z dwoma biegami na 10 i 3 km. W związku z tym, że był to weekend kiedy mieliśmy rodzinę w komplecie, postanowiliśmy zapisać się wszyscy Mich na 10 km, a ja z dziećmi (Ala 13 lat, Patryk 6 lat) na bieg rodzinny na deklarowane przez organizatora 3 km. W rzeczywistości było to 3,5 km. Opłaciliśmy pakiety i czekaliśmy na ten DZIEŃ. Zaznaczam, że dzieciaki nie były świadome tego co zaplanowaliśmy, a to dlatego, że była to niespodzianka. 

6 Bieg do źródeł był organizowany przez GIWK i odbył się w Parku Jelitkowskim w Gdańsku. Kilka dni przed imprezą dostaliśmy maila z planem festynu, wszystko było jasno opisane, nie trzeba było tracić czasu na szukanie informacji dotyczących biegów w internecie bo organizator umieścił wszystko w jednym mailu. Pakiety rodzinne były do odbioru do 10:30, a te na bieg główny do 11:30. Na miejscu byliśmy o 10:00, z parkingiem nie było problemu ze znalezieniem biura zawodów również. Pakiety odebrane 10:15. I co tu robić? Bieg rodzinny start o 11:00, a bieg główny 12:00. Dla dorosłego to nie problem, posiedzi chociażby na plaży, ale my byliśmy z nastolatką, której nie zawsze wszystko się podoba i sześciolatkiem, który jest wulkanem energii i zagada cię na amen. I tu organizator stanął na wysokości zadania!!! Było wiele bezpłatnych atrakcji m.in. Tor przeszkód i zadania dla dzieci za które otrzymywało się naklejki (15 naklejek= nagroda), degustacja robionych na miejscu lodów przy pomocy ciekłego azotu, stanowisko dla majsterkowiczów (tworzenie konstrukcji z rur pcv), a także stanowisko plastyczno-artystyczne (które wykorzystywało odpady takie jak słoiki, puszki, plastikowe butelki do stworzenia doniczek, pojemników etc). Naszym zdaniem ktoś przyłożył bardzo dużo uwagi do tego aby nie było tandetnie. Zadania, które dzieci dostawały do wykonania były dopasowane do wieku, na tym samym stanowisku Patryk wykonywał inne zadanie niż Alicja. Wszystko wymagało użycia nie tylko mięśni ale również głowy. Dziecko niekiedy musiało się wykazać sprytem i kreatywnością. Zabrakło nam czasu na wszystko przed startem biegu rodzinnego dlatego też po nim, mimo zaplanowanego plażowania zaliczyliśmy wszystkie atrakcje. Nie zabrakło też food tracków, kuszących zapachami. My z nich nie korzystaliśmy bo oczywiście mieliśmy swoje miski 🙂

O 11:00 wystartował bieg rodzinny. Trasa biegła wzdłuż deptaka od Jelitkowa w kierunku Brzeźna gdzie była zawrotka i trasa powrotna. Ten bieg nie miał pomiaru czasu i był tzw. biegiem “run for fun”. Udział brały całe rodziny, ojcowie lub matki z dziećmi, starsi, a także starsze dzieci w pojedynkę. Była to mega zabawa. Alicja biegła na przemian maszerując w swoim tempie, a ja pilnowałam Patryka. Oby dwoje byli niesamowici, przy czym Ala pokonała trasę w skupieniu i ciszy, a Patrykowi jak zwykle nie zamykała się buzia. Jedno jest pewne, już wiem co będę sobie mówić gdy stracę moc na trasie:):):) Patryk w momentach załamania kondycji wspierał sam siebie słowami: jesteś mistrzem, dasz radę, pokonasz wszystkich, jesteś najlepszy, masz moc, uruchom turbo doładowanie, odpalamy rakiety itd itp. Ciężko było się nie uśmiechać pod nosem. Na moje rady typu: „Patryk, jak nie będziesz gadał będziesz miał więcej siły”, odpowiadał „Acha” po czym rozpoczynał monolog od początku. I tak pełni motywacji Patryka dobiegliśmy do mety. Wszyscy byliśmy zadowoleni i bardzo zmęczeni. Ala nawet zaproponowała czy bym z nią nie potrenowała żeby uzyskać lepszą kondycję. Może tez w przyszłości będzie biegać 🙂

Pat

Poranna pogoda potwierdzała wcześniejsze prognozy ( które sprawdzałem chyba z 5 razy), pochmurnie, stosunkowo chłodno- idealnie do biegu. Bieg główny wystartował o 12:00 i wtedy właśnie chmury zniknęły 🙂 Już wcześniej było duszno, teraz doszło do tego mocno palące słońce. Po wybiegnięciu z cienia drzew (gdzie był start i również meta) zaczęła się moja walka o tlen, plan miałem jednak jeden- zmieścić się poniżej 50-ciu minut. Utrzymanie tempa poniżej 5:00 w taką pogodę było dla mnie dość dużym wyzwaniem (wciąż zmagam się z nadwagą). Trasa podobnie jak w biegu rodzinnym prowadziła przez deptak, krótka nawrotka i wbiegaliśmy do Parku Regana. Trochę tam zgłupiałem, bo przy 4 kilometrze zobaczyłem flagę z napisem 7 km (pomyślałem, że od tego słońca nieumyślnie zrobiłem sobie lekki skrót 🙂 ), jednak jak się okazało przez park trzeba było przebiec dwa razy, uff ulga dla mojego sumienia. Świetnym pomysłem, tu kolejny plus dla organizatora, na 5 km przy “wodopoju” częstowali nie tylko kubeczkiem z wodą ale również gąbeczką, którą można było się schłodzić. Po 7 km (tym razem tym prawdziwym) myślałem, że dam sobie spokój z tym moim wynikiem, na szczęście przez wodopój przebiegaliśmy jeszcze raz, kubeczek wody i odzyskałem trochę energii. Przed samą metą czekała mnie miła niespodzianka w postaci Pat i dzieci, którzy mieli iść na plaże a zamiast tego dopingowali mi z całego serca i to dało mi siłę na ukończenie tego biegu w czasie 0:48:35.

Mich

Gdybyśmy mieli wystawić ocenę tej imprezie? 10/10 Nie zabrakło nic, wszystko było zgodnie z planem, a moc atrakcji przerosła nasze oczekiwania. My dorośli świetnie się bawiliśmy, o dzieciach nie wspomnę. W przyszłym roku mamy nadzieję również się zameldować na tej imprezie i gorąco polecamy!

PS. W pakietach startowych biegu rodzinnego były extra bidony, torby też super, w pakiecie na 10 km była świetna mini saszetka do biegania i koszulka, która jednak nie zrobiła szału.

Pat&Mich

Bieganie z psami- fajne czy nie ?

Jak wiecie, lub też nie wiecie i się właśnie dowiadujecie, mamy dwa psiaki. Konkretniej dwie suki rasy Amstaff, bardzo przyjacielskie, totalnie niegroźne, chyba że można zalizać kogoś na smierć 😉 Staramy się im zapewnić odpowiednia dawkę ruchu, a że biegamy to czemu nie miałyby biegać z nami?

Więc kupiliśmy specjalne pasy i smycze, żeby nasze gwiazdy mogły nam towarzyszyć. Super pomysł pomyśleliście zapewne, ale jak to wygląda od strony biegacza? Tak bez ściem 😉 Pat jako, że pierwsza zaczęła biegać ma większy staż i myślę, że swoje pięć groszy dorzuci 😉 Wspólnie (mam na myśli my i psy) zazwyczaj biegniemy spokojnym tempem ulubioną trasą Pat tzw. “Klasyczna piąteczka”. Trasa prowadzi przez las i krótki odcinek osiedla, więc po 500m puszczamy psy i niech hulają do woli. Tempo spokojne, więc bez problemu Amber i Beza nas doganiają, a często przeganiają i robią wokół nas pętle. Schody zaczynają się gdy są już przypięte do nas, staramy się trzymać tempo, a to pies musi powąchać, a to zaplątać smycz wokół nogi, jak to pies. Nieraz próbowałem zrobić interwały biegnąc z samą Amber, niestety nieskutecznie, a to rowerzysta i trzeba było psa przytrzymać, albo inny spacerowicz z psem. Więc jeżeli o mnie chodzi, bieganie z psami rekreacyjne i nietreningowe jak najbardziej tak, sama przyjemność. Jeżeli jednak chcę zrobić trening biegowy, niestety muszą zostać w domu, lub Pat zabiera je wtedy na swoją klasyczna piątkę 😉 ciekawe co ona ma na ten temat do powiedzenia?

Mich

Ja częściej zabieram psy ze sobą, a to z racji tego, że moje tempo jest wolniejsze niż Micha. Nie przeszkadza mi to, że psy muszą się zatrzymać, w końcu mogę ciut odsapnąć będąc usprawiedliwiona. Bardzo często moją całą 5tke biegną spuszczone i wyznaje zasadę, że to one mają pilnować się mnie, a nie ja ich. Oczywiście zapinam je gdy pojawia się ktoś na horyzoncie. Wiem, że może to groźnie wyglądać gdy dwa amstaffy biegną w twoim kierunku. Przecież nikt nie wie z jakim zamiarem.

 

Jedna rzecz mnie naprawdę irytuje, a mianowicie plątanie się na smyczy, owijanie wokół łap lub owijanie moich nóg. Nie raz była prawie gleba. Dzieje się tak głównie przy dłuższej trasie gdy końcówka biegnie przez osiedle domków, a potem wzdłuż ulicy Chwarznieńskiej. Trasa ma 11 km i psy już są zmęczone, często zwalniają, wytrącając mnie z rytmu. Dodatkowo Beza jest zainteresowana każdym przechodniem. Mimo tego, lubię je brać ze sobą, jest to dla nich spora dawka ruchu, fajnie się patrzy na ich harce, a i ja czuje się bardziej bezpiecznie w lesie.

Pat

Psiaki to wspaniałe zwierzaki, które umilają nam życie, pamiętając o tym, że muszą mieć odpowiednią ilość ruchu, my pieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, ćwiczymy i zapewniamy im to co niezbędne. Jeżeli masz psa wykorzystaj go jako motywacje do wskoczenia w biegowe buty 😉

 

Co ja myślę o tym całym żywieniowym szaleństwie.

Nastały czasy, gdzie ludzie zaczynają być bardziej świadomi tego co leży na ich talerzu, co wyciągają z opakowania, co popijają do treningu czy kolacji. Uważam, że za późno stajemy się tego świadomi, niektórzy dopiero wkręcając się w sport, inni niestety gdy dopada ich choroba. W szkole raczej nie przywiązują większej wagi do żywienia, więc dopóki sami się nie zainteresujemy co z czym i dlaczego, jemy po prostu wszystko co nam smakuje.

Największa nagonka jest teraz na gluten, czy słusznie?

Oczywiście, w końcu tak mówi Lewy i Anka 😜  (żartuję, ale tylko z tym Lewym). Jestem zwolennikiem paleo, a bardziej jej odłamem tzw. dietą samuraja, które wykluczają min. gluten . Krótko wprowadzę, paleo opiera się na powrocie do korzeni, tzn. jemy jedzenie zbliżone do pożywienia przodków. Nie popadajmy w skrajność, nikt nie ma iść polować na sarnę, czy królika, ale na bobra jak najbardziej :P. Chodzi o nawiązanie, jemy to co daje nam natura, mięso, jaja, warzywa, owoce, ryby itp. My sportowcy wiemy, że potrzeba nam też energii z węglowodanów, a w paleo ciężko jest wyskrobać odpowiednią ilość tych makroskładników. Warzywa z reguły mają mało węgli, co się przekłada na przymus zjedzenia ich hurtowej ilości, dla przykładu klasyczna paczka ryżu (100g) to ok. 80g węgli, co odpowiadałoby zjedzeniu 800g marchewek. Dlatego przychodzi z odsieczą dieta samuraja, która bazuje na paleo, ale dopuszcza naturalnie bezglutenowe zboża, jak właśnie ryż czy kasza gryczana.

Dlaczego gluten więc nie? Nie będę jako argumentów używać wyników badań, czy super naukowych publikacji. Moim największym argumentem jesteśmy my. Mieliśmy kilka przygód z wyżej opisanym samurajem. Odczucia? Na początku wydają się niezauważalne, bo do wszystkiego jest potrzebny czas, my zaczęliśmy odczuwać efekty po dwóch lub trzech tygodniach, brzuch przestał być wzdęty, lepsze samopoczucie, lepiej się wstawało rano, czuliśmy się rześko i fajnie.  Pat zauważyła znaczącą poprawę stanu cery. W końcu zatęskniło się nam za pizzą, bułeczką z pasztetową i innymi glutenowymi pysznościami. Wtedy właśnie zdaliśmy sobie sprawę, że rzeczywiście nam szkodzi, po takim glutenowym weekendzie, brzuchy zrobiły się nam wzdęte, problemy jelitowe, Pat od razu zauważyła, że jest opuchnięta na twarzy i że stan jej cery się pogorszył. Ja sam czułem się ospały i ogólnie jakiś taki zamulony. Więc chociaż bardzo lubimy świeże bułeczki staramy się ich unikać, oczywiście wszystko jest dla ludzi i raz na jakiś czas nie zaszkodzi, jednak patrząc perspektywistycznie myślę, że gluten jest rzeczywiście niezdrowy. Podobno zdrowy jest chleb żytni na zakwasie, taki prawdziwy, jednak ja kiepsko toleruję pełnoziarniste zboża w każdej postaci, Pat ma tu zdecydowanie lepiej, bo jej nie szkodzi i w dodatku smakuje 🙂

Każdy z nas jest inny i tak jak nie ma złotego środka w treningu, tak również w żywieniu go nie znajdziemy. Patrzcie po sobie, obserwujcie swój organizm jak reaguje na różne pokarmy i myślę, że sami znajdziecie dla siebie odpowiednią drogę 🙂 

Mich

Nasza rowerowa wycieczka na Hel.

Cześć wszystkim. W niedzielę (09.06.) wybraliśmy inną niż zazwyczaj formę treningu, a mianowicie wskoczyliśmy na rowery. Dążąc do maratonu, a my na rowerach? Jasne, czemu nie? Nasze treningi zazwyczaj trwają od godziny do półtorej, więc stwierdziliśmy, że najciekawszą, a zarazem najlżejszą formą wydłużenia treningu, będzie jazda na rowerze 🙂 w ten sposób chcemy zacząć przygotowywać organizm do dłuższych sesji treningowych. Rowery stały zakurzone bo nie używaliśmy ich od prawie roku. Mich w tygodniu już dokonał przeglądu, posmarował gdzieniegdzie, napompował koła, wszystko ready! Wyznaczyliśmy cel: z Władysławowa na Hel i z powrotem. Spakowaliśmy plecaki: kocyk (na plażę), pompka (w razie co), japonki (przejechały się bezużytecznie :P), kasa (wiadomo, na rybkę, picie, i nieplanowany zakup kurtki przez Pat), kamerka go-pro (miłość Micha) oraz oczywiście telefony. Z Gdyni do Władysławowa dojechaliśmy samochodem. Wyjechaliśmy o 9, droga była przyjemna, bez korków. Turyści jeszcze nie nadjechali. O 10:00 wyruszyliśmy spod Lidla. Wzdłuż półwyspu helskiego ciągnie się świetna ścieżka rowerowa, która przecina malownicze miejscowości, czasem przez „centrum”, a czasem wzdłuż wybrzeża. Pomiędzy miasteczkami zazwyczaj jedzie się blisko zatoki co dodaje niesamowitego uroku. Jazdę wzbogacają także zapachy kwitnących krzaków róży. Powiew bryzy morskiej, słońce, zapach kwiatów i satysfakcja z jazdy rowerem, daje niesamowitą mieszankę „haju”, który powoduje, że ta chwile daje nam szczęście.

Na trasie mijamy oczywiście wszystkie miejscowości, które są na półwyspie helskim. Chcieliśmy je czasem ominąć, ale okazało się że się nie da :):):):);) Pokonując łącznie 35 km, kolejno jedziemy przez: Chałupy (te od Wodeckiego – Welcome to), Kuźnicę, Jastarnię, Juratę i dojeżdżamy do Helu. Każda z nich kusiła zapachami ryby i gofrów, ale powiedzieliśmy sobie zdecydowane nie! Nasze jedyne przystanki były w celach fotograficzno-filmowych i żeby napić się wody. Dojechaliśmy po niespełna dwóch godzinach, zjarani słońcem, lekko zmęczeni i niesamowicie głodni. Na helskiej promenadzie zamówiliśmy dorsza po helsku z frytkami i kiszoną kapustą. Nie wiemy czy to zasługa tego, że kucharz był dobry, czy że ryba świeża, czy magia tego miejsca, a może wszystko na raz, ale rybka była mega smaczna. Porcje dość duże, ja nie dałam rady całej, a Mich ledwo co. Po jedzeniu zasłużony odpoczynek na plaży na otwartym morzu. Piękne widoki. Zrobiliśmy godzinną sjestę, gdzie troszkę się zapomnieliśmy i zasnęliśmy. Oczywiście nikt nie pomyślał o wzięciu kremu do opalania i wieczorem było to odczuwalne i widoczne na naszej skórze. A więc nasza dobra rada nie zapominajcie kremów i nie zasypiajcie na plaży (chyba,że macie krem ;P). Powrót był mniej przyjemny, a to za sprawą bólu pupy. Wąskie siodełko jednak nie jest zbyt wygodne, do tego brak zahartowania spowodowały niesamowity dyskomfort jazdy. Pod koniec trasy ja już nie mogłam tak szybko pedałować, a więc Mich musiał zwalniać żeby na mnie poczekać, ale po 2h i 20min dotarliśmy do auta.

Podsumowując, wycieczka rowerowa warta uwagi i nawet poświęcenia pupy;) Każdy kto ma taką możliwość niech spróbuje bo jest to piękna trasa, której nigdzie indziej nie znajdziecie. Jeżeli długość Wam nie odpowiada to opcji jest kilka: z Helu można wrócić pociągiem albo tramwajem wodnym do samej Gdyni. W zeszłym roku przypłynęliśmy tramwajem wodnym na Hel i stamtąd wróciliśmy do domu ok 100 km. Polecamy. Również nie musicie mieć swoich rowerów bo wynajem tych środków lokomocji jest na każdym kroku. Nie zapominajcie o czapeczce na głowę oraz kremie z filtrem i oczywiście woda obowiązkowo. Ja za to muszę pomyśleć o zmianie siodełka na wygodniejsze bo skutki wyprawy odczuwam do dziś.

Macie jakieś fajne trasy w okolicach Trójmiasta? Również takie dla rodzin z dziećmi?

Pat&Mich

Skąd w ogóle u mnie to bieganie?

Chciałam zacząć ten wpis jakoś tak wzniośle, np zaczęłam biegać bo jest to najlepsza forma aktywności, czułam że muszę zmienić coś w moim życiu i bieganie dało mi wolność …, albo coś w tym stylu. Dupa!!! Blog ma być szczery, a więc nie mogę tu cudów wymyślać. Zaczęłam biegać bo byłam gruba. Było to po pierwszej ciąży, a najtańszą formą aktywności i zawsze dostępną o każdej porze, bez względu na godzinę czy porę roku (w końcu nie ma nieodpowiedniej pogody jest tylko nieodpowiedni strój), było bieganie. Na początku szło ciężko, zresztą na każdym moim początku w bieganiu jest ciężko. Jednak gdy zauważyłam, że z każdym treningiem mój organizm potrafi pokonać coraz większy dystans bez wypluwania płuc, połknęłam bakcyla. 

Przez 11 lat było wiele przerw. A to kontuzja, lenistwo, druga ciąża, jakiś dół, zmiana pracy, obżarstwo … wymówek było wiele. Po wymówce, gdy znów nie mogłam się zmieścić w ulubioną sukienkę lub dżinsy, przychodził ten moment gdy przepraszałam się z moimi butami do biegania i ruszałam. I uwierzcie mi, za każdym razem gdy wracałam, nie mogłam pojąć co mi się w tej głowie poprzestawiało, że przerywałam. Przecież to kocham. Dlaczego? Teraz mogę napisać coś głębszego – MÓJ SPOKÓJ TO BIEGANIE!!! Pierwsze dwa km są dla mnie męczące, wydaje mi się, że na cholerę mi to, mogłam poleżeć. Potem przychodzi to mega fajne uczucie, wolność myśli, zero spiny, stresu, uwalniają się endorfiny. Jestem ja i moje buty, ja i las, albo ja i droga, zwał jak zwał. Jest fajnie. Kiedy poprawiam wyniki, czy to dystansu, czy czasu, albo po prostu biegnę w moim kochanym wiczlińskim lesie sama dla siebie, czuję radość, spełnienie i satysfakcję. Przesuwam swoje granice, wiem że mogę więcej niż mi się wydaje, a moja głowa jest uwolniona od ciężkich myśli. No i co najważniejsze, won celullicie :). 

Dodatkowo, co jest w moim przypadku kolejnym plusem biegania, jest to nasza wspólna pasja. Moja i Micha, a nic tak nie cieszy, jak realizacja celów ze wsparciem i zrozumieniem ukochanej osoby. O tym jak siebie wspieramy i motywujemy będzie osobny wpis, a więc tu króciutko. Fajnym jest, gdy kolejne km pokonujemy razem, nie tylko te km biegowe, ale przede wszystkim te znacznie trudniejsze, w codziennym życiu.

Uważam, że żadne inne ćwiczenia nie mają takiego wpływu na zrzucenie wagi, poprawę wyglądu i co najważniejsze poprawę samopoczucia. Dla mnie zmęczone ciało to wypoczęty umysł i tego się trzymam. Mam nadzieję, że zapału wystarczy mi na tyle, żeby już nie przerywać. Trzymajcie kciuki i naprawdę polecam to super popularne bieganie. 

Pat

To takie małe oszustwo, czy nie?

Zaczynając biegać ładnych parę lat temu, pojawiały się u mnie bóle kolan. Pogrzebałem, poczytałem, że najzdrowiej biegać na palce/śródstopie. Więc zacząłem…, ale na początku nie było łatwo. Według mnie najlepszym sposobem aby przejść z biegania na piętę na palce/śródstopie było “wsłuchanie” się w bieg i staranie się biec jak najciszej. Drugą metodą dość skuteczną, aczkolwiek hardcorową było ubranie butów z cienką podeszwą i trucht po lesie. Spróbuj wylądować na kamień piętą:) Oczywiście nie polecam tej metody, możecie nabawić się kontuzji i w ogóle nie bierzcie sobie tego do serca :). Fajnym treningiem jest też bieg w tył, z automatu wymusza ruch stopy “na palce”. Dobrze kochani bo się trochę zagalopowałem, a nie o tym miał być ten wpis.

Więc, do czego dążyłem, otóż to moje bieganie na palce wyszło mi na dobre, ulga dla kolan, bioder, pleców. Zaczął się za to ból łydek, oczywiście był on w ramach DOMS-ów ale po wybieganiu odpowiedniej ilości kilometrów całkowicie minął. Ważyłem w tym okresie około 80 kg. Obecnie ważę 93 kg (oczywiście same mięśnie :P) i odkąd zacząłem wracać do biegów moje łydki nie wytrzymują. Teraz wzmacniam je na siłowni dodatkowymi ćwiczeniami. Lekarstwem, mam nadzieję tymczasowym, okazały się opaski kompresyjne na łydki, takie wiecie co dużo ludzi je ma i nie wiadomo czy to potrzebne czy to tylko moda:). Kupiłem na początek najtańsze (nie reklamując, w sklepie sportowym wszystkim znanym na literę D) i uwaga, zadziałały. Moje łydki wytrzymują teraz znacznie więcej, nie męczą się tak szybko. Jedyna wada – Pat się śmieje, że wyglądam jak rugbysta:):);). Aby sprawdzić czy nie jest to placebo, biegam od czasu do czasu bez, pełen motywacji, żeby je schować do szuflady, niestety łydki męczą się szybciej i bolą. Faktycznie producenci i badania przez nich publikowane wskazują, że używanie tego typu kompresji wydłuża czas biegu. Mam jednak nadzieje, że przyjdzie taki moment, że się ich pozbędę.

Tak więc czy taki rodzaj wsparcia, jest jeszcze wsparciem? Czy może już raczej małym oszustwem?

Mich

Co ten YouTube tu robi?

Nasz spacer po półwyspie

Jak zdążyliście już pewnie zauważyć (o ile lubicie poszperać ;)), na naszym blogu znajdziecie zakładkę YouTube. Czy Vloga też prowadzimy? Nie, nie, nie, ledwo co nas czytać można, a co dopiero słuchać, narazie Wam tego oszczędzimy 😜

Jednak możecie na nas popatrzeć, znajduje się tam kilka filmików z naszych wycieczek, spacerów itp. Wszystko jest moją małą, skromną twórczością. Odkąd jestem szczęśliwym posiadaczem kamerki GoPro, odnalazłem swoją drugą pasje. Pełna amatorszczyzna, ale przyjemność na najwyższym poziomie.

Pierwsze filmiki jakie tam znajdziecie nagrywałem starym modelem hero 3, a od zeszłego roku, za sprawą mojej ukochanej Żony, zostałem posiadaczem najnowszego modelu hero 7. Dokupiłem odpowiedniego gimbala i różnice widoczne są gołym okiem. Uwielbiam to! Z każdym filmikiem czuję się krok dalej. Lubię nagrywać przede wszystkim w ruchu, biegające psy czy narty są do tego doskonałe. Nie zawsze od samego początku mam pomysł i konkretną wizję, głównie inspiracji szukam w muzyce – bo to pod nią głównie składam filmiki. Czasem usłyszę jakiś utwór i już moja wyobraźnia zaczyna szaleć, wtedy tylko czekam na okazję, żeby coś nagrać.

Następnym etapem w mojej „karierze” scenarzysty, reżysera, producenta i montażysty, jest inwestycja w lepszy komputer (mój ma wbudowane slow-motion chyba na stałe ;p), a może nawet i dron?

Zapraszam na kanał YouTube

https://www.youtube.com/channel/UCBbhjmyNTa8WjcV958Kj52g

Mich