Siłownia kontra kobiecość.

Nasz trening to bieganie i siłownia. Multum selfików to udowadnia, a więc zaskoczenia nie ma. Chcę jednak troszkę rozszerzyć temat.

W sobotę byli u nas nasi przyjaciele zza ściany i od słowa do słowa, tak jak zawsze zeszliśmy na temat treningów. Akurat byliśmy po półmaratonie w Pucku, a więc emocje i podjaranie w nas buzowało. Chcieliśmy najzwyczajniej w świecie się chwalić naszym wyczynem. W pewnym momencie nasz rozmówca zapytał mnie, czy ja na siłowni ćwiczę normalnie jak facet czy fitness. Wbił mi ćwieka. Oczywiście spojrzałam na Micha i spytałam jak ja ćwiczę? Okazało się, że jak facet. Przyznam, że nigdy nie rozdzielałam treningu na siłowni na kategorie “jak facet” i “fitness” (z domysłem, że ten drugi trening to dla kobiet zajęcia fitness). Przecież ćwicząc na siłowni “jak facet” dalej jestem kobietą i zachowałam wszystkie cechy kobiece:).

I o tym chciałam potraktować ten wpis. Czy odkąd ćwiczę na siłowni “jak facet” cierpi na tym moja kobiecość? Czy podnosząc ciężary staję się Arnoldem i zaczynają mi rosnąć włosy na plecach i gigantyczne bicepsy? Otóż nie!!! Wraz z przyrostem masy mięśniowej moja kobiecość wręcz umocniła się.

Od wprowadzenia treningu siłowego zdecydowanie poprawiły się zarówno wyniki biegowe jak i wagowe. Także kondycja mojego ciała uległa poprawie. Jak wiecie korzystam z usług dietetyczki, która korzysta z takiej fajnej wagi co to podaje różne parametry takie jak np. poziom tkanki tłuszczowej, czy masę mięśni. Po zmianie nawyków żywieniowych zaczęłam chudnąć. Na początku tylko biegałam. Waga leciała w dół, byłam mega zadowolona, niestety z 6 kg, które zgubiłam na początku prawie trzy to były mięśnie. Mich mi zawsze tłumaczy, że warto mieć więcej mięśni bo pali się kalorie “za darmoszkę”. Tak więc włączyliśmy trening siłowy, Mich na bieżąco dostosowywał rodzaj i ilość ćwiczeń. Podpytałam, że zaczęliśmy od FBW (Full Body Workout), czyli ćwiczenia na wszystkie partie ciała w jednym treningu. Stopniowo zaczął dodawać więcej ćwiczeń i dzielić partie ciała na różne dni. W tej chwili jak to mówi Mich, robimy trening na masę. Hmmm, ja kobieta i trening na masę? Tłumaczy to tym, że aby zapobiec rozpadowi naszej cennej tkanki mięśniowej, należy ją stymulować tak jakby miała rosnąć. W ten sposób odzyskałam swoje 3 kg mięśni, jednocześnie tracąc dalej tłuszcz. Czy bardziej przypakuje? Mich mówi, że kobietom ciężej zrobić duże mięśnie, chociażby dlatego, że mamy malutko testosteronu. Poza tym musiałabym więcej jeść itd. A więc raczej mi to nie grozi. Ogólnie od początku ubyło mi 9 kg tłuszczu, a mięśni trochę przybyło.

Dla mnie zmiana jest na tyle duża i pozytywna, że nie zamierzam zmieniać treningu i dalej będę ćwiczyć “jak facet” pozostając kobietą. Podnoszenie żelastwa nie spowodowało “przypakowania”, a jedynie wysmukliło i ujędrniło ciało. Jestem na dobrej drodze do osiągnięcia wymarzonej sylwetki, ale na fotki w stringach jeszcze za wcześnie 😉.

Siłowo trenuje trzy razy w tygodniu, po tym wrzucam cardio (orbitrek), a pozostałe dni bieganie. Lubię jeść i niestety nie zawsze zdrowo, a więc idzie wolniej niż u osoby, która umiałaby jeszcze trzymać dietę. Z kobiecości nie straciłam nic, a dzięki tym treningom ciało wysmukla się i nabiera fajnych kształtów. Myślę, że te bujdy, że kobieta ze sztangą na siłowni to od razu babochłop to wynik spaczonych stereotypów. A więc polecam trening siłowy żeby nam uda lub ręce nie trzęsły się jak galareta, a i cellulitu było mniej! Amen;)

Pat

XI półmaraton ziemi Puckiej

Relacja wręcz na gorąco, po pierwsze sami nie zdążyliśmy jeszcze ostygnąć po biegu, po drugie nadajemy wprost z wanny :P. Właściwie to narazie ja nadaję, Pat postanowiła sprawdzić czy przez te parę godzin materac od łóżka nie stracił na wartościach :).

Zacznę od tego, że jesteśmy super fantastyczni. I skromni zarazem. Pat swój wynik poprawiła aż o 11 min! 2:04:35! Planowała 2:05, a tu jeszcze pare sekund na trasie udało się jej ukraść. Brawa dla niej! Byłoby jeszcze mniej o co najmniej 40 sekund gdyby nie pewne perypetie (ale o tym dalej). Co do mnie, ja swoją życiówkę poprawiłem o prawie 20 minut, złamałem 2 godziny i wylądowałem na mecie z czasem 1:56:28 :):):). Jesteśmy z siebie mega zadowoleni. Oczywiście już się obżarliśmy pizzą i pączkami, ale to w końcu w nagroda ;).

Co do trasy i samego biegu zdania mamy delikatnie podzielone. Mi trasa się nie podobała. Dla Pat była ok, ale tylko ok. Nawierzchnia dziurawy asfalt i płyty jumbo (których strasznie nie cierpimy), pomieszane z szutrem, który wbrew pozoru był lepszy od tego asfaltu ;). To akurat wszystko można przeżyć bo są różne biegi – różne warunki. Nie mogę jednak przeżyć samochodów, które zostały dopuszczone do ruchu na trasie biegu. Faktycznie może nie było ich niewiadomo ile, ale co z bezpieczeństwem? Biegnę, nagle wyprzedza mnie samochód, z naprzeciwka widzę jadą dwa następne. Biegacze zbiegają na pobocze żeby mogły przejechać. Uważam, że nie powinno się dopuszczać do takich sytuacji. Po 19 km już byłem zmęczony, muzyka w słuchawkach i walczę żeby dobiec, nagle poboczem mija mnie sfrustrowany kierowca wymachując do mnie łapami jakby grał w kinnecta. Gdybym coś odburknął kto wie jakby to się skończyło. Pat także się nie podobało to, mijała nas nawet straż pożarna (nie na sygnale). Tak jak wielu biegaczy, używamy słuchawek, muzyka gra, zmęczenie, wymijamy się na trasie. Co gdyby ktoś się potknął, albo zatoczył? Zaznaczyć trzeba że drogi to nie czteropasmowe autostrady tylko wąskie dróżki gdzie mijanie się dwóch aut jest praktycznie niemożliwe.

Trasa średnio oznaczona, zazwyczaj ludźmi z chorągiewkami, Pat miała pecha, akurat Panu chciało się chyba siku bo zniknął na rozdrożu. Pat pobiegła prosto jednak po 30 metrach coś jej zaczęło nie grać, dołączył do niej inny biegacz, który też się zgubił. Czekali na kolejnych, żeby dowiedzieć się którędy? Stracone około minuty! Wybaczcie organizatorzy, ale to też niedopuszczalne.

Tak trochę jakby wszystko było na nie 😉 Napewno na plus mamy piękne medale no i piękne życiówki. Worko-plecak z wodą, batonem i śledziem w oleju (mówię poważnie) to raczej standard (oprócz śledzia ;p) więc braw tu nie będzie. Powiemy szczerze. Dla nas bieg bez szału. Medale jedynie robią robotę i nasz wysiłek też.

Pat & Mich

Jak się motywuje podczas startu?

Trzy, dwa, jeden, ruszyli… z tego co obserwuję duża część biegaczy startuje z kopyta i gna przed siebie. Widzę w każdym determinację i motywację – oficjalny start, oficjalne wyniki, niemal każdy z nadzieją na życiówkę. Zazwyczaj startuję jedną lub dwie strefy za swoją i obserwuję jak ludzie biegający w grupie 55-60 min na 10 km lecą tempem na 45-50 😉 Bardzo duża część z nich niestety się wypala między drugim, a piątym kilometrem. Widzę to kiedy zaczynam ich mijać. Dobra nie o tym miał być ten wpis, wracam na tory.

Dlaczego startuję w nie swojej strefie? Dla mnie jest to kwestia motywacji, lubię wyprzedzać, każdy kolejny biegacz, którego mijam daje mi power. Zawsze szukam “ofiary”, którą chcę dogonić, wyprzedzić i zostawić w tyle. Niestety ta metoda nie sprawdza się na biegach z małą liczbą startujących. Tak było na biegu w Linii, po 7 kilometrze długo biegłem, żeby znaleźć swojego zająca. Swoją drogą zając był w dobrej formie bo do mety go nie dogoniłem ;p.

Następną moją formą motywacji jest muzyka. Bez niej ani rusz, za dużo myśli typu “nie mogę złapać oddechu”, “może by zwolnić i odsapnąć”, “a może noga mnie boli” (wtedy zwolnienie byłoby uzasadnione ;D). Preferuje rockowe kawałki, najlepsze są dla mnie te, które znam, a polskie są doskonałe, wtedy mogę sobie podśpiewywać (oczywiście w myślach). Pozwala mi to uciec od myśli związanych z biegiem, rzucam okiem na tempo i nucę dalej. Oczywiście nie mogą być to rockowe ballady, czy muzyka typu dżem, przy “do kołyski” raczej miałbym tempo spacerowe. Mimo kilku szumnie nazwanych “balladami” utworów w playliście, wygrywa u mnie Nocny Kochanek. Teksty są “disco rockowe”, łatwo się śpiewa. Ale sama muzyka podchodzi pod heavy metal, mocniejsze kawałki dobrze podkręcają mi tempo.

Ostatnią metodą, kiedy już łapanie zająca nie pomaga, muzykę już zagłuszają myśli i zaczynam walkę z samym sobą jest wprawianie w siebie w dobry humor, próbuje trochę się uśmiechać, myślę o przyjemnościach i zabawnych rzeczach. Ostatni kilometr zazwyczaj już tylko myśle o wyniku. Bo tylko to mi pozostaje – przetrwać ;).

A Wy jak sobie radzicie? Co Was najbardziej motywuje? Jak macie jakieś fajne sztuczki podzielcie się z nami ;).

Mich

Buty, buty, buty …

Historia Kopciuszka jest dowodem na to, że nowa para butów może odmienić życie …

Jestem typową kobietą i kocham buty. Różne, kozaki, sandałki, szpilki, baleriny, sneakersy. Teraz powoli dochodzą do tego buty do biegania chociaż mam zawsze tylko dwie pary, na okres ciepły i okres zimny. Obawiam się jednak, że im bardziej wciągam się w bieganie tym bardziej będę i tych butów potrzebować więcej ☺️😉.

O co chodzi z tymi butami …, sama do końca nie wiem, ale z pewnością niektóre dodają kobiecości, inne uzupełniają strój, a jeszcze inne są mega wygodne. Ja wychodzę z założenia, że kolejna para butów napewno nie zaszkodzi, a może być przyczyną sukcesu (patrz Kopciuszek).

Chciałam się z Wami podzielić, które buty wolę i czy bieganie ma jakikolwiek wpływ na noszone przeze mnie obuwie na co dzień. A więc które modele wolę? Wszystkie kochaniutkie!!! No może chodaków nie ubiorę, chociaż nie mówię hop bo może za rok lub dziesięć będą modne i będę mieć w trzech kolorach. Do pracy i na randkę uwielbiam szpilki👠. Zresztą każde buty na obcasie są po prostu boskie. Wydłużają nogę, wysmuklają sylwetkę i czuję się bardziej sexownie. Ale, ale, ale …, tu właśnie wchodzi bieganie jako przeciwnik szpilki. Niestety (a może i stety) butów biegowych na szpilce nie ma), ale nawet gdyby były to ja z tego autobusu wysiadam. Mimo, że szpilki uwielbiam i raczej dość sprawnie się w nich poruszam, zwłaszcza siedząc, to po długich wybieganiach chodzić w nich nie mogę. Moje łydki nie ogarniają takiego wysiłku. Po takim weekendzie (np jak dziś 19 km) w poniedziałek moje miękkie baleriny będą triumfować. I niestety we wtorek też. Zastanawia mnie czy to kwestia słabych łydek czy po prostu każda z nas tak ma. Michał mi nie powie bo on szpilek nie lubi, dziwne. 😉😂.

Moja recepta. Spróbuje wzmocnić łydki dodatkowym treningiem bo ze szpilek nie zrezygnuję.

A co wole szpilki czy biegówki? Ech ciężki wybór. Na szczęście wybierać nie muszę. Bez biegania byłoby ciężko w końcu to moje drugie życie, a wiec biegowe to mój must have (już myślę nad kolejnymi, ale ciii Mich nie musi wiedzieć). A szpilki … no niby nie są aż tak potrzebne, ale …., dobra są mega potrzebne dla zdrowia psychicznego!!!

A jak u Was dziewczyny? Lubicie 👠🥿👡👢👟?

Pat

Pierwszy, drugi, trzeci i czwarty.

Pierwszy od kiedy mamy bloga, drugi w tym roku, trzeci wspólny, czwarty Pat 😉 O czym mowa? O półmaratonie. Tak, Pat ma o jeden na koncie więcej niż ja, w końcu jej przygoda biegowa zaczęła się o wiele lat wcześniej niż moja. Pierwszy mój i pierwszy wspólny zarazem był gdzieś pod wejerlandem, nawet nie pamiętam jakie mieliśmy czasy, pamiętam jednak, że byliśmy na mega kacu. Drugi wspólny tegoroczny w Gdyni, byliśmy całkiem nieźle przygotowani, biorąc pod uwagę że zaczęliśmy w styczniu, a bieg był w marcu, założeniem było zmieścić się poniżej 2:30:00, wyszło po 2:15. Mile nas to zaskoczyło bo treningi biegowe polegały głównie na wybieganiu.

Więc czas na nasz “pierwszy, drugi, trzeci i czwarty” półmaraton. Tym razem Puck. Po ostatnim biegu na 15 km, zadowoleni naszą formą i kolejnym małym sukcesem złapaliśmy chrapkę na więcej. Trafił się Puck, Pat bez zastanowienia wyraziła aprobatę i tak został nam już tylko tydzień. W zeszłym tygodniu zrobiliśmy sobie rozbieganie 15 km z myślą już o półmaratonie. W niedziele planujemy kolejne nieco dłuższe, bo 18-18,5 km. Co do treningów siłowych póki co nie odpuszczamy, ale myśle że we wtorek na 4 dni przed biegiem już odpuścimy. Organizm będzie miał chwilę na regenerację, uzupełnienie glikogenu itd. Podejrzewam, że w środę wyjdziemy potruchtać jakiś krótki dystans w docelowym tempie, tak dla przypomnienia ;).

Co do samego biegu główną zmianą będzie to, że będziemy biec osobno. Do tej pory dłuższe biegi staraliśmy się biec razem, tym razem poczułem przypływ motywacji i chciałbym złamać dwie godziny. Pat zaś ma chrapkę na 2:05. Tempo nie jest szalenie szybkie, kwestia tego czy damy radę je utrzymać przez dwie godziny. Trzymajcie za nas kciuki!!

Mich

Dlaczego tak dobrze, że jesteś?

Przypominam sobie moje biegowo-treningowe początki, kilka dobrych lat temu, żyjąc w związku na pół gwizdka, gdzie wsparcia w tym co robię nie było żadnego. Nie czułem ani motywacji z jej strony, ani pomocy. Byłem w tym sam. Miałem wtedy ogromna motywację, chciałem coś osiągnąć, nie miałem mięśni, kondycja zerowa, w dodatku zalany byłem tłuszczem w 30%. Dla faceta to mega dużo! Zacząłem skrupulatnie szykować posiłki, wszystko ważone, nie ruszałem się bez pudełek z domu. Zacząłem ciężko trenować na siłowni, na podwórku z ketlami i biegać. Jednak nie miałem z kim dzielić swoich sukcesów, ani nie mogłem liczyć na pomoc. Nasze drogi się rozbiegły. Nie szukajcie tu sentymentów, chce pokazać Wam, jak dla mnie bardzo jest istotne jest wsparcie drugiej osoby. Jak wielkie ma znaczenie wspólna pasja.

Praktycznie od początku naszej znajomości z Pat, kiedy zaczęliśmy darzyć się zainteresowaniem, mieliśmy wspólne pasje, może nawet to i ona nas połączyła;). Zawsze też wspieraliśmy się oboje, cieszyliśmy się z naszych sukcesów, nawet tych najmniejszych. Robiliśmy sobie niespodzianki typu jedzenie do pracy ( Pat do dziś wspomina pełnoziarnistą tortillę – nie ma słów by opisać jaka była ohydna ;p) ale starałem się ;))). Trochę to nasze wsparcie sprowadziło nas na złą drogę, bo jak zrobiliśmy sobie dwuletni cheat-day to się też bardzo mocno wspieraliśmy;). Tylko, że w jedzeniu wszystkiego co niezdrowe. 

Pat otrząsnęła się szybciej. Mi się nie chciało, jednak wiedziałem jak ważne jest wsparcie na początku i starałem się zbyt często nie namawiać ją na piwko czy jakieś niezdrowe żarcie. Jak mi poszło? To pewnie opisze Wam Pat. W chwili obecnej czuję, że właściwie to Pat zmotywowała mnie do ruszenia dupy. Zapisywała nas na biegi, od czasu do czasu robiła mi swoje fit jedzenie, wyciągnęła mnie na siłownię, na truchtanie, na długie spacery. Zaczęła robić podwójne fit miseczki dla mnie. Jak to mówią „każda kropla drąży skalę” i jestem – parę kg mniejszy, parę minut szybszy, itd.

Pat głównie odpowiada za nasze jedzenie, staram się jej pomagać jak mogę, ja za to odpowiadam bardziej za nasze treningi. Ona jest tą osobą co mi powie “nie żryj”, ja zaś jestem tą osobą co mówi “dasz radę, jeszcze raz, jeszcze kawałek”. Fajne w nas jest to, że znamy się oboje bardzo dobrze, nasze organizmy też już się chyba do siebie przyzwyczaiły bo mamy w te same dni ochotę odpuścić z miską albo po prostu odpocząć od jakiegokolwiek wysiłku. 

Jeżeli chodzi o treningi przyznam szczerze, że nie lubię trenować bez Pat. Dość często słuchamy i tak muzyki każdy w swoich słuchawkach, ale wystarczy, że Pat jest. Czasami Pat ćwiczy coś zupełnie innego bo ja np. po pracy mam zmęczone nogi i wole odpuścić, a Pat za to ciśnie za dwoje ;). Co do biegania bywa różnie, lubię z nią biegać tylko ciężko nam zgrać wspólne tempo. Jestem szybszy i mam większą wytrzymałość. Pat musi mnie gonić co sprawia, że szybciej się męczy i w rezultacie nie biegniemy razem, bo ja jej ciągle uciekam. Z drugiej strony kiedy ja staram się zwolnić do tempa Pat i jest to dla mnie niekomfortowe. Ciężko to dokładnie opisać, może wyobraźcie sobie, że idziecie na spacer z kimś kto chodzi wolniej niż wy, tak dziwnie nie? Cieszy mnie to, że Pat zaczyna biegać coraz szybciej i już ta granica staje się coraz mniej widoczna. Czuje się nawet z tego tytułu trochę zagrożony (jeszcze mnie prześcignie :P).

Reasumując, myślę że lepiej trafić nie mogłem. Mega fajne jest to, że się tak uzupełniamy w tym co robimy. Mamy wspólne cele i przede wszystkim wspólną pasję. To daje mi pełnie szczęścia w naszym związku. Mam miłość, mam wsparcie, mam motywacje i kogoś z kim mogę przebrnąć przez wszystkie bolączki jak i dzielić radość nie tylko w życiu ale też i w sporcie. Raczej nie będę sportowcem ze złotymi medalami więc dobrze czuć, że w domu czeka na mnie moje podium :).

Mich

Miało być na luzie, ale chyba tak nie będzie…

Pat opisała jak się żywimy, jak wyglądają nasze dania i ich przygotowanie. Wszystko super, zdrowo, różnorodnie czasem szaleństwa glutenowo-alkoholowe, ale….

Zawsze musi być jakieś “ale” prawda? Pat poszła w styczniu do dietetyczki, dostała kilka rozpisek żywieniowych, z których korzystała, a ja przy okazji 🙂 Podłączyłem się bezczelnie do jej jadłospisu i dzięki mnie Pat miała po prostu 2,5 raza więcej roboty 🙂 taki był zamysł: jest zdrowo, jest kilka posiłków dziennie, porcje moje to średnio półtorej lub dwie porcje Pat. W dniu dzisiejszym mam na wadze 5 kg tłuszczu mniej, zostały mi jeszcze 2 kg aby nie mieć nadwagi 😉 Niestety zaczyna iść coraz wolniej, w pracy mam mniej siły, a po pracy zabrać mi się za treningi biegowe to jakiś koszmar. Doszedłem do wniosku, że mam za mało energii, czyli jem za mało. Nie chce eksperymentować i sobie dorzucać na oko po jakimś daniu, bo zaraz zamiast chudnąc zacznę tyć albo w ogóle nic się z moją wagą nie będzie dziać. Więc moje podejście na luzie się skończyło, pogadałem ze znajomym trenerem, policzyłem sobie kcal i teraz przyszedł czas na ważenie. Chce 6 dni w tygodniu przygotowywać sobie dania ważone, z odpowiednią ilością makro, jeden dzień na rodzinny wypad kiedy to będziemy jeść “na mieście”. Myślę, że przy obecnej pracy i treningach ten sposób żywienia będzie miał kluczowe znaczenie. Dopasuje oczywiście wszystko do dań z menu Pat, żebyśmy nie gotowali po trzy obiady dziennie :P.

Dlaczego uciekam w stronę makro? Może to kwestia tego, że mam 11 cm w pasie mniej i nie chce tego zaprzepaścić, może kwestia ambicji, może też kwestia przymusu, żeby prowadzić dalej taki tryb życia po prostu muszę. Może wszystko naraz?

Mich

XII Iglotex Bieg Czterech Jezior Skórcz – relacja

Dzielenie się z Wami naszymi spostrzeżeniami z biegów weszło nam w krew. W sobotę 06 lipca byliśmy pierwszy raz w życiu w Skórczu, żeby pokonać 15 km trasę. 

XII Iglotex Bieg Czterech Jezior Skórcz, bo tak się ta impreza nazywała, znalazłam w internetach na jednej ze stron z kalendarzem biegowym. Patrzyłam na nią niepewnie z powodu dystansu – 15 km. Nie byłam do końca pewna czy ogarnę taki dystans, bo co do Micha nie miałam wątpliwości. Mich oczywiście rzucił krótkie „pewnie, zapisuj nas, damy radę” i tak decyzja zapadła. Od dnia zapisu do startu mieliśmy około 3 tygodni i w między czasie start w Nocnym Biegu Świętojańskim w Gdyni na 10 km. To pozwalało nam się przygotować i wzmocnić kondycję, która i tak już jest na niezłym poziomie (w porównaniu do stycznia 2019). 

Dzień lub dwa przed startem Mich założył, że musimy się zmieścić w 1 h 30 min. Pomyślałam „chyba Ty” i stwierdziłam, że dla mnie założenie jest nierealne. Wprawdzie złamałam 55 minut na biegu świętojańskim w Gdyni, ale moje ostatnie 2 km były już na ostatkach sił, z wielką walką z samą sobą. Nie wierzyłam, że dokładając kolejne 5 km utrzymam tempo poniżej 6 min/km. Ale przyjęłam wyzwanie i chciałam dać radę złamać te półtora godziny. Kolejna dla mnie nierealna granica do pokonania. Dzień przed startem odpowiednio zjedliśmy oraz wypoczęliśmy – delikatny spacer z psami, kąpiel, film przed tv, sen 8h. Rano czuliśmy się rześcy i wypoczęci, w ciągu dnia tylko Mich musiał skoczyć na parę godzin do pracy, ale staraliśmy się oszczędzać, bo start dopiero o 16:00. Sprawdziliśmy w google map, że dojazd to około 1 h 15 min, odbiór pakietów do 15:45, a więc wyjeżdżamy o 14:00. W momencie wyruszenia z domu pogoda była dosłownie mówiąc chu…a. Padało, było mega zachmurzenie, lekki wiatr. Takich warunków nie lubimy. No, ale nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby zrezygnować, postawiony cel należy zrealizować i koniec kropka. Po wjeździe na obwodnicę trójmiasta wpakowaliśmy się w gigantyczny korek i pan google pokazywał, że dojedziemy na 15:40. Potem kolejne dwa korki. Naprawdę mieliśmy dużą wątpliwość czy zdążymy, do tego ten cholerny deszcz. Dojechaliśmy na 15:38 i ku naszemu pozytywnemu zdziwieniu nie padało. Odebraliśmy pakiety, odnaleźliśmy się z instagramowymi znajomymi Olą i Kacprem (@zawsze.ku.sobie), a potem udaliśmy się na start. I co … ?

I wystartowaliśmy równo o 16:00. Początek dość gęsto (jak zawsze na takich biegach), liderzy wystrzelili z procy, a my szaraczki z nóżki na nóżkę staraliśmy się złapać tempo i potem go nie zgubić. Biegło się naprawdę dobrze. Temperatura około 18 stopni C, opadów brak, trasa bajka. Michał bieg równo ze mną, mieliśmy średnie tempo około 5’30, siły nie spadały do około 9 km. Tutaj już rozstaliśmy się z Michałem (na szczęście nie na zawsze), jego nogi chciały nieść szybciej, a moje mówiły stop, miałam wrażenie że muszę zwolnić. Patrząc po czasie biegu, wiedziałam, że nawet jeżeli zwolnię do 6’00 to złamię półtorej godziny. Michał poleciał, a ja potrzebowałam dosłownie chwili, żeby zebrać siły i dalej cisnąć w tempie między 5’33, a 5’53. Po drodze wyznaczałam sobie kolejne cele do wyminięcia (innych biegaczy), ułatwiało mi to utrzymać tempo i włączyło potrzebę małej rywalizacji. Niestety jednej biegaczki nie dałam rady dogonić, skubana tak przyspieszyła na ostatnim kilometrze, że zanim ja dobiegłam do mety to ona chyba już była na obwodnicy w drodze do domu. Metę przekroczyłam w czasie 1h 24min 49sek, ależ byłam szczęśliwa i dumna. Kolejna granica pokonana i wiem że mogę więcej, że każdy z nas może, tylko trzeba uparcie dążyć i chcieć, nie poddawać się. Mam też to szczęście, że mam Micha, który jeszcze mi nigdy nie powiedział “nie dasz rady” ,ale zawsze wierzy, że czy to w pracy czy w życiu, czy też w biegu sobie poradzę. Mich pokonał trasę w 1h 22min, ale myślę, że gdyby od początku biegł tempem jak ostatnie 6 km to zrobiłby to w 1h 15min. Mich po biegu mówił, że mógłby dalej i szybciej, że biegło mu się bardzo dobrze, a trasa najpiękniejsza jaką biegł. Na mecie czekały na nas medale (bardzo ładne), woda oraz poczęstunek – drożdżówka, banan i spaghetti. Warto dodać, że przed biegiem głównym były biegi dla młodszych uczestników, a także nordic -walking. Było też parę atrakcji dla dzieci takich jak zjeżdżalnie, plac zabaw i różnorakie stoiska. Naszym zdaniem impreza na wysokim poziomie. 

A co możemy powiedzieć o trasie. Faktycznie jest piękna. Początek (dosłownie kilkaset metrów) droga piaszczysta, potem około 1,5 km asfaltu, ale w lesie, potem większość trasy to drogi i dróżki leśne, mijając cztery jeziora biegniemy wzdłuż linii brzegowej. W trakcie biegu przyroda umila nam czas, ptaki śpiewają, a las daje ten niepowtarzalny zapach. Było po prostu pięknie. Warto trasę powtórzyć pieszo, biegiem lub na rowerze. W między czasie można zrobić piknik nad jednym z jezior. My na pewno tam wrócimy. 

Pat

Moje wstydliwe problemy biegaczki.

Do tej pory pisałam o samych superlatywach biegania i o tym co mi się w tym podoba. Ogólnie cały czas uważam, że bieganie jest super fajne, ale … . No właśnie jest niestety to „ale”. Mam dość powszechną przypadłość biegacza, a mianowicie nawracające się straty w częściach ciała. I nie mówię tu o znikających kg lub cellulicie 🙂 Tracę paznokcie u stóp. Zazwyczaj z tym problemem borykają się biegacze długodystansowi, a Ci na krótkim dystansie odczuwają dyskomfort (bóle w paznokciach), albo po prostu im paznokcie ciemnieją. Ja mimo, że długodystansowcem nie jestem to paznokcie tracę. A co, jak już coś robić to na całego. 
Skąd to się bierze. Poczytałam, poobserwowałam własne ciało i jednoznacznie mogę stwierdzić, że dotyka to głównie dużego palca i drugiego z kolei. Bardzo rzadko w grę wchodzą paznokcie z 3,4 i 5. Podobno 15% maratończyków ma z tym problem. Czuję się wyróżniona, bo ja maratonu nie przebiegłam, a już mam :). Czy to oznacza, że mogę już go nie biec bo symptomy już są? Chyba nie. Dzieje się tak od wielokrotnego nacisku palca i paznokci o przednią część buta w trakcie biegu. Zauważyłam też, że im więcej zbiegów tym gorzej. Również podczas zimy problem ten jest bardziej uciążliwy, a to dlatego, że bardziej koncentruje się na utrzymaniu stabilizacji na mokrej lub śliskiej nawierzchni. 

Co zrobić gdy Cię to dopadło. Jest to faktycznie mało estetyczne. Ja strasznie zawsze przeżywam, że znów mam albo czarne paznokcie albo ich w ogóle nie mam. Czuję się z tym niekomfortowo i wstyd mi iść na saunę lub basen. Ale na początku nic nie można zrobić. Najlepiej zostawić paznokieć w spokoju. Niech odrasta i chociaż w części pokryje miejsce po ubytku. Może to trochę niestety potrwać, wszystko to kwestia indywidualna.  Na pewno nie można z tym nic robić na własną rękę, ani usuwać krwiak, ani paznokieć. Natura zrobi swoje. Jeśli paznokieć boli i widać zaczerwienienia należy skonsultować się z lekarzem. Nie miałam jeszcze takiej konieczności. Na szczęście! Gdy już paznokieć trochę odrośnie idę do Pani magiczki od paznokci, która zaczaruje akrylem i dorabia mi “paznokciową protezę” i paznokcie jak nowe. Znów mogę paradować w japonkach. 

Zapobieganie. Czy można tego uniknąć? Ja chyba uniknąć nie mogę, ale na pewno zmniejszyłam częstotliwość dzięki dobraniu odpowiednich butów. Okazało się, że najlepszym rozwiązaniem to but lekki, miękki i półtora!!! rozmiaru większy. Najlepiej dobrać je w profesjonalnym sklepie. Wiedzą co robią. Czemu ten but ma być większy – żeby pozostawić palcom wolną przestrzeń. Dodatkowo należy regularnie przycinać paznokcie do krótkich, takich nie wystających poza opuszek palca. Niby prosta sprawa, a jednak nie każdy wie. 


A więc biegacze i biegaczki, dopasujcie buty i dbajcie o pedicure:)

Pat

Muszę tu wtrącić swoje 5 groszy, gdyż mam swoją teorie na temat czarnych paznokci, skąd się biorą i dlaczego but 1,5 rozmiaru większy rozwiązuje ten problem. Jest to oczywiście moja teza, ale wydaje mi się sensowna i logiczna. Otóż w dniu gdy Pat przesłała mi wpis na maila, zepsuło mi się auto i musiałem parę kilometrów przejść pieszo. Czytając, rozmyślałem i analizowałem krok w biegu. Pierwsze co przyszło mi na myśl, Pat biega na piętę, ja na śródstopie i nigdy nie miałem problemu z żadnym paznokciem. Poszukałem więc przyczyn, szedłem i stawiałem długie kroki jak w biegu na piętę, zaobserwowałem, że mimo iż but się zatrzymał to stopa przesuwa się dalej do przodu (w bucie), skutkuje to tym, że paznokcie i palce narażone są na wielokrotny kontakt z czubkiem buta, tak jak pisała Pat. Wyobraźcie sobie teraz co się z nimi dzieje, gdy zbiegacie z górki. Z doświadczenia i wiedzy jaką posiadam wiem, że biegając na piętę pierwszy kontakt buta z podłożem, jest mocno wysunięty w przód względem naszego ciała. O niekorzyściach z tego wynikających dla stawów i ścięgien nie będę się tu wywodził, ale mato negatywny wpływ.

Jestem wielkim fanem biegania na śródstopie i uważam, że ono jest rozwiązaniem, a nie za duże buty. Biegałem w różnych butach, od tych najtańszych ze sklepu sportowego na D, po lepsze “najki”, miałem też “abibasy” z outletu za 100 zł i nikt mi wtedy nie powiedział weź większe. I tak biegałem, bo były po prostu wygodne :P. Czemu bieg na środostopie ratuje paznokcie? Otóż pierwszy kontakt z podłożem jest zdecydowanie bliżej środka ciężkości naszego ciała, co nie pcha stopy w bucie do przodu. Dodatkowo większość impetu wywołanego spotkaniem stopy z ziemią amortyzują mięśnie i ścięgna, a nie twarde kości i stawy, jak w przypadku biegania na piętę.

Z Pat w tej kwestii nie możemy dojść do porozumienia. Z drugiej strony patrząc na technologie jakie teraz są wykorzystywane przy produkcji buta dla biegacza i sztuczki z większymi butami, mają zapobiegać kontuzjom i urazom takimi jak chociażby wspomniane paznokcie. Ja jednak uparcie będę twierdził, że bieganie na śródstopie jest najzdrowsze.

Mich