Skąd ta motywacja?

Często słyszymy pytania typu „skąd mamy siłę na cwiczenia”, albo „co nas motywuje”, a czasem nawet stwierdzenia „że wam się chce”. Pyta rodzina, przyjaciele, a także znajomi. Pytamy się sami siebie. Co nas mobilizuje?

Punkt widzenia Pat 😉

Moją historię już znacie, dupsko ruszyłam bo było za duże 🍑😔. Sport w moim życiu był zawsze. Już jako 5 latka zapieprzałam na rowerku jak Armstrong, ale moim dopalaczem była czekoladka, którą jak mówią rodzice kochałam. W szkole podstawowej była piłka ręczna i nawet nieźle mi to szło, ale kolanko mi się zwichło i dupa. Po powrocie do formy (rehabilitacja, zastrzyki, masaże) od boiska sportowego bardziej mnie interesował papierosek i jakieś piwko z moją bandą podobnych do mnie. No cóż taki wiek. 5 lat mi to zajęło, czy to długo? Wydaje mi się, że szybko, niektórzy jeszcze się z tego nie otrząsnęli😉. Czas studiów to czas nauki, pracy, dużej ilości jazdy na rowerze. Sport się przewijał. Dorosłe życie to już inna bajka. Co mnie było więcej tu i tam 🙂 to szybko sport był mi za pan brat, a jak mi się nudziło to znów było mnie więcej i tak minęło 10 lat w tej karuzeli mojego sportowego życia.

Jak jest teraz? Teraz jestem dojrzała, żeby nie powiedzieć stara, a co za tym idzie nie wystarczy, że odejmę łyżeczkę cukru i podbiegnę na autobus i już 10 kg mniej. Teraz to ja się muszę kur.. napocić i to nie jeden, nie dwa, ale 9 miesięcy regularnych okropnie ciężkich treningów i mogę cicho powiedzieć, że jest progress. Mówię cicho, żeby tego progressa nie przestraszyc😉. Teraz to ja szanuję ten pot, te obolałe mięśnie i siebie. Doceniam, że nawet jak mi się cholernie nie chce to jednak idę. Co mnie motywuje? Ja sama, a wspiera mnie w tym majdarling. Na początku roku, jak co roku😉, obiecałam sobie, że zmienię mój styl życia na jakże modny healthylifestyle, że znów zacznę biegać. Obiecałam sobie, że już na tą karuzelę nie wrócę (karuzela patrz akapit wstecz). A jak nie jestem w stanie obietnicy dotrzymać wobec siebie to jakbym mogła składać je innym. Ja sama jestem swoim największym motywatorem bo nikt nie zrobi tego za mnie. Nie lubię się wstydzić przed samą sobą, że nie zrealizowałam założonego celu. Przecież nie po to go sobie wytyczałam. I trwam w tym postanowieniu do dziś. Lepiej się czuję, mam więcej energii i podoba mi się to co widzę w lustrze. Podoba mi się też jak spogląda na mnie Mich, a dzieciaki chwalą się, że mama biega i chodzi na siłkę. Czuję, że nie zawiodłam samej siebie, a to sprawia, że czasami nawet jestem z siebie dumna. I gdy odwiedza mnie gość o nazwisku Niechemisię to przypominam sobie to noworoczne postanowienie i ile pracy już w to włożyłam, a także karuzelę😉, i gość musi spadać!!! Z nim nie chce się kumplować. Nie chcę pozwolić, żebym znów złapała rocznego lenia. Wiem, że robię to dla siebie i wkładam w to kupę pracy i energii. Na szczęście moja druga połówka wspiera mnie w tym i to ułatwia zadanie. Fajnie, że czasem to on wyciąga mnie na trening, a jak sam nie może to usłyszę „widzimy się po twoim treningu”.

A więc kochani, jak odwiedza was Mr Niechcemisię to sprzedajcie mu soczystego kopa w dupsko, a sami przypomnijcie sobie po co to robicie (?). I nie ma wymówek! Marsz na trening.

Z punktu widzenia Micha.

Pat zaczęła wpis od sportu w dzieciństwie, więc też tak zacznę. Do 13-14 roku życia byłem sportowym beztalenciem. Do tego grubszy niż rówieśnicy i bez żadnych sportowych uzdolnień. Jak możecie się domyśleć łatwo stałem się tym „gorszym”. Grając w piłkę byłem raczej pośmiewiskiem, a że byłem słaby i gruby to koledzy pozwalali sobie na nieco więcej „obrazy”. Później pojawiła się deskorolka, coś nowego, każdy zaczyna więc miałem szanse nie być najgorszy ;). Orłem ostatecznie nie byłem, ale schudłem i się świetnie w tym okresie bawiłem. W którymś momencie, gdy nie było mnie stać na kolejny „blat” do deskorolki, zacząłem szukać ruchu w innym miejscu. Tak z rówieśnikami stworzyliśmy w piwnicy własną siłownie. Mieliśmy ławeczkę, całe dwie sztangi i łącznie z 40 kg nakładu (pospawane stare tarcze hamulcowe ;p). Na tym w sumie skończę, żeby Was nie zanudzać, a co najważniejsze zostało tu ujęte.

Poza motywacjami, które kierują większość z nas na trening takich jak lepsze samopoczucie i lepsze sylwetka, kierują mną emocje z dzieciństwa. Zawsze byłem ten gorszy, mam pewien kompleks z tym związany. Chce być od nich lepszy, od moich „oprawców”, którzy się tak ze mnie nabijali przez tyle lat. I biegnąc półmaraton czy robiąc przysiady z masą własnego ciała czuję się lepszy. Czuję się silniejszy. Tak na codzień motywuje mnie Pat. Chce się jej podobać, poza tym uważam, że nie ma nic lepszego dla związku niż wspólny trening czy bieganie ;). Fajnie jest mieć wspólną pasję, wspólne cele, cieszyć się z tego razem. To motywuje jeszcze bardziej.

A więc treningi, a raczej ich efekty budują moje poczucie wartości, wzmacniają mnie i pozwalają na rozwijanie się. Może takie spojrzenie i Was zmotywuje do działania.

Pat&Mich

2 thoughts on “Skąd ta motywacja?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *