Naszych zmagań ciąg dalszy.

Długo się nie odzywaliśmy, ale to nie z racji rezygnacji z założonego celu lub opadnięcia z sił. W codziennych zmaganiach „czas” okazał się przeciwnikiem nie do pokonania. Okazało się, że wolimy zasnąć o 22:00, żeby rano wyrobić się na trening, niż coś napisać, choć podejść było wiele. Kończyły się o tak 😴. Właśnie skończyłam pracę, mam jeszcze pół godziny do przyjścia młodego pokolenia, to podzielę się z Wami co tam u nas w trawie piszczy.

Ostatnie kilka miesięcy życia przeleciało jak z tzw. bicza strzelił. Nowy rok szkolny, a z nim nowe obowiązki i wejście w rytm, Mich zaczął nową pracę, dni zrobiły się krótkie, a nas coraz częściej łapie lenistwo, z ktorym jak narazie skutecznie walczymy. Między czasie byliśmy na długo wyczekiwanych wakacjach – ale co dobre szybko się kończy. Czy w tym wszystkim dalej trenujemy? Tak, tak, tak. I dzięki tym treningom dalej jakoś funkcjonujemy w tym zwariowanym świecie.

Obecnie trening dalej jest biegowo-siłowy. Dwa-trzy treningi biegowe oraz dwa-trzy siłowe zakończone cardio. Ja jeżdżę z torbą do ćwiczeń w aucie i jak tylko mam chwile to lecę na trening. Często udaje mi się go odwalić przed pracą, ale przyznam że nie lubię zaczynać i kończyć dnia gdy jest ciemno. Często się śmiejemy z Patrykiem lat 6, że ja pracuje a on chodzi do szkoły w nocy (dnia nie widzimy). Mich zazwyczaj trenuje wieczorami (też dnia nie widzi). Nasze wyniki poprawiły się. Mich pewnie napisze swój wpis, a więc powiem jak to u mnie wygląda. Mogę to krótko określić, u mnie jest: ciężej, szybciej i dalej. Na siłowni znacznie zwiększył się zakres wagi używanych obciążeń. Mięśnie wzmocniły się i nabrałam siły. Moja kondycja jest znacznie lepsza przez co wolniej się męczę i mogę zarówno ćwiczyć dłużej jak i biegać dalej. Półmaraton nie jest już dla mnie dystansem zabójczym. Dzięki systematyczności, biegach po lesie (podbiegi), moja szybkość też uległa poprawie. Oczywiście gepardem nie jestem i nigdy nie będę. Jednak mój ostatni półmaraton w Toruniu przebiegłam w czasie 2 h i 2 min, a więc porównując to do pierwszego półmaratonu w tym roku (Gdynia, marzec) to poprawiłam czas o 18 min!!! Jest progress, który widzę i czuję. Wszystko to dzięki systematyczności i nieodpuszczaniu mimo, że jesienna aura naprawdę współgra z Panem Niechcemisię.

Jest końcówka roku, koniec sezonu startowego i w związku z tym pojawiły się plany i nowe cele na 2020. Postanowiliśmy w pierwszym półroczu zdobyć koronę polskich półmaratonów. Mamy zaplanowane biegi w: Sobótce (21.03.), Gdyni❤️ (29.03.), Białymstoku (10.05.), Warszawie (23.05.) i Wrocławiu (20.06.). Między czasie oczywiście nasze gdyńskie dyszki – bieg urodzinowy w lutym i europejski w maju. No i nasz ulubiony Wingsforlife w maju. To jest to co będzie napewno (oczywiście o ile nic nam nie stanie na przeszkodzie). Gdzieś tam z tu głowy pojawia się myśl o maratonie, zwłaszcza że kuzynka Kinga się wybiera, a więc trochę zazdrość jest, jednak obawiam się, że to jeszcze za wcześnie. Myślę, że na 35 km umarłabym i tyle by z tego było. Powiedziałam sobie, że decyzję podejmę po Sobótce bo tam to jest podobno rzeźnia. Mich taki maraton by już spokojnie przebiegł, jednak liczę na to, że poczeka na mnie.

A więc, idąc do brzegu, nie poddajemy się, ćwiczymy dalej i biegamy coraz lepiej. Jeszcze gdyby tylko czekolada mi zbrzydła to byłoby bosko😉. Pozdrawiamy Was ciepło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *