Treningi do WA Gdynia 2020

Od początku roku mieliśmy przyjemność brania udziału w oficjalnych treningach do mistrzostw świata w półmaratonie. Trening zorganizowany przez eobuwie.pl i Asics, prowadzony był równocześnie w różnych miastach Polski, my oczywiście trenowaliśmy w Gdyni 🙂 .

Treningi prowadzili jedni z czołowych polskich biegaczy tj. Piotr Suchenia (IG @runpassion), Iwona Suchenia (IG @iwona_suchenia_trainer_running) i Marcin Richert. Sprawdźcie ich sukcesy :). Niezłe biegowe świry 😉. Treningi odbywały się co niedzielę o godzinie 9:00, osób było dużo więc trenerzy dokonali podziału na trzy grupy: zaawansowaną (biegali z prędkością światła), średnio-zaawansowaną i ładniejszą :). Na pierwszych treningach biegałem razem z ładniejszą, chciałem uczestniczyć w tym z Pat, z drugiej strony wydawało mi się, że nie jestem dość dobry, aby iść do grupy średnio-zaawansowanej. Jednak zaryzykowałem i ruszyłem wraz z Marcinem, który ją prowadził. Nie było tak źle jak myślałem, właściwie to było dobrze, a nawet bardzo dobrze.

8 treningów, bo dokładnie na tylu byliśmy. Czy coś nam dały? Czy czegoś się nauczyliśmy? Zacznijmy od rzeczy podstawowej wśród osób trenujących, nie tylko biegaczy. Rozgrzewka. Potrafić się rozgrzać – potrafimy, jednak oprócz startów rzadko co przykładaliśmy do tego uwagę. I tak właśnie dzięki treningom odkryłem, ile daje dobrze zrobiona rozgrzewka. Szczególnie szybkie przebieżki w ramach rozgrzewki mnie przekonały. Po kilku takich strzałach podczas treningu właściwego czułem się bardziej “sprężysty?”. W każdym bądź razie rozgrzewam się teraz porządnie przed każdym treningiem, chyba, że jest to klasyczna piątka po lesie w lekkim truchciku z psami. Oprócz rozgrzewki, która jest już częścią treningu, nauczyłem się dzielić swój trening, rozgrzewka, część właściwa, schłodzenie. Wcześniej część właściwa zaczynała się za drzwiami domu i tam też kończyła. Zauważyłem, że biegnąc 2-3 km rozgrzewające jestem nadal w stanie zrobić trening właściwy, dodatkowo późniejsze schłodzenie 2-3 km przychodziło równie łatwo. Co za tym idzie, zwiększamy dystans, czy czas pracy naszego organizmu z samymi korzyściami. Jesteśmy rozgrzani, więc mniej podatni na kontuzje i bardziej przygotowani do treningu, później “uspokojeni”, nie wpadamy do domu z jęzorem na wierzchu, i dodatkowo mamy parę kilometrów więcej. Więc teraz, również dzielę trening na części. Dużo czytałem o treningach biegowych, i tyle o ile podbiegi, czy interwały zdarzało mi się robić, tak całej reszty ciekawych rozwiązań nie. Tu cieszę się, że trenerzy pokazali różne metody treningowe. Aktywny cross czy bieganie w naprzemiennym tempie różnych dystansów. Szczerze mówiąc teraz, po tych ośmiu tygodniach widzę jak wielki progres poczyniłem. Kiedyś schudłem parę kg i zacząłem szybciej biegać, utracie wagi przypisałem swój sukces. W tym utkwiłem, zejdę z 90kg będę biegał szybciej, a tu taka niespodzianka. Pogrzebałem, trochę w zeszłorocznych biegach i najlepsze tempo na dystansie 10km to 5:11, teraz 4:45. Jestem w szoku. Na ostatnim treningu do WA Gdynia na dystansie 15 km średnia wyszła mi 4:59, na 11 km utrzymałem 4:47. Naprawdę nie spodziewałem się takiej zmiany.

Jako ciekawostkę dodam tylko, że dzięki organizatorom mieliśmy możliwość zrobienia fajnych badań w sklepie e-obuwie, badaliśmy technikę biegu w zwolnionym tempie, ruch stopy i dobieraliśmy odpowiednie obuwie, oczywiście marki Asics 🙂 Jeden model buta bardzo mi podpasował, był wygodny, miał fajną amortyzację i przy tym nie tracił energii. Wszystko było w nim super jeżeli chodzi o komfort biegu, ale…. był tak brzydki, że nie.. Gwiazdy mojego formatu nie mogą się w takim pokazywać 😛 (hahaha). Następnego dnia była możliwość testu obuwia, na treningu, świetna opcja! But mnie jeszcze bardziej przekonał, jednak koloru nie zmienił :).

Z tego miejsca chciałbym podziękować trenerom i organizatorom za to, że jestem teraz bardziej świadomym biegaczem i że przyczynili się do mojego sukcesu. Cieszę się, że mogłem w tym uczestniczyć i żałuję, że w związku z panującą pandemią treningi zostały zakończone. Mam cichą nadzieję, że przed październikowym startem jednak jeszcze wrócą, najlepiej w takim samym składzie.

Mich

Nowy rok, starzy my.

Dalej biegamy, dalej ćwiczymy, więc w tej kwestii niewiele się u nas zmieniło. Jak pewnie zauważyliście, od naszej wymarzonej wycieczki na Zanzibar , trochę się opuściliśmy w pisaniu do Was. Obiecujemy poprawę w nowym roku ;).

Pat w ostatnim wpisie przedstawiła Wam nasze plany na ten rok, a że było to na początku grudnia, to jak to u nas troszkę się pozmieniało. Nic na minus, wszystko na plus. Dlaczego na plus? A bo sobie dodaliśmy pare wyzwań. Zanim o planach chciałbym nas pochwalić bo na koniec ubiegłego roku poprawiliśmy swoje życiowe dystanse! Pat wybiegała 25 km, ja zaś 30! Jeszcze przed końcem roku wpadło nam pare pomysłów biegowych. Pierwszy z nich to zacząć nowy rok od 7×10 czyli 7 dni po 10km. Jeżeli obserwujecie nas na instagramie, to wiecie, że to już dawno za nami ;). Następny cel noworoczny? To przebiec 100 km każdego miesiąca. Dobrze nam idzie bo jest dwudziesty, a my wczoraj już weszliśmy na trzy cyfrowy kilometraż.

Jeżeli chodzi o moją nową prace, musiałem zrezygnować z porannych treningów na siłowni z Pat. W związku z tym postanowiłem bardziej skupić się na bieganiu. Siłownie będę traktował jako uzupełnienie, w zeszłym roku wraz z Pat zbudowaliśmy solidną bazę do pracy :). Będę starał się być minimum dwa razy w tygodniu, będę robił trening ogólnorozwojowy i obwodowy, oczywiście na dużym obciążeniu lub w wysokiej intensywności, aby wspomagało to moje bieganie.

Jeszcze jedno, w zasadzie najważniejsze w tym roku…, moi drodzy… na jesień szukamy maratonu… to już ten czas!!

Mich

Naszych zmagań ciąg dalszy.

Długo się nie odzywaliśmy, ale to nie z racji rezygnacji z założonego celu lub opadnięcia z sił. W codziennych zmaganiach „czas” okazał się przeciwnikiem nie do pokonania. Okazało się, że wolimy zasnąć o 22:00, żeby rano wyrobić się na trening, niż coś napisać, choć podejść było wiele. Kończyły się o tak 😴. Właśnie skończyłam pracę, mam jeszcze pół godziny do przyjścia młodego pokolenia, to podzielę się z Wami co tam u nas w trawie piszczy.

Ostatnie kilka miesięcy życia przeleciało jak z tzw. bicza strzelił. Nowy rok szkolny, a z nim nowe obowiązki i wejście w rytm, Mich zaczął nową pracę, dni zrobiły się krótkie, a nas coraz częściej łapie lenistwo, z ktorym jak narazie skutecznie walczymy. Między czasie byliśmy na długo wyczekiwanych wakacjach – ale co dobre szybko się kończy. Czy w tym wszystkim dalej trenujemy? Tak, tak, tak. I dzięki tym treningom dalej jakoś funkcjonujemy w tym zwariowanym świecie.

Obecnie trening dalej jest biegowo-siłowy. Dwa-trzy treningi biegowe oraz dwa-trzy siłowe zakończone cardio. Ja jeżdżę z torbą do ćwiczeń w aucie i jak tylko mam chwile to lecę na trening. Często udaje mi się go odwalić przed pracą, ale przyznam że nie lubię zaczynać i kończyć dnia gdy jest ciemno. Często się śmiejemy z Patrykiem lat 6, że ja pracuje a on chodzi do szkoły w nocy (dnia nie widzimy). Mich zazwyczaj trenuje wieczorami (też dnia nie widzi). Nasze wyniki poprawiły się. Mich pewnie napisze swój wpis, a więc powiem jak to u mnie wygląda. Mogę to krótko określić, u mnie jest: ciężej, szybciej i dalej. Na siłowni znacznie zwiększył się zakres wagi używanych obciążeń. Mięśnie wzmocniły się i nabrałam siły. Moja kondycja jest znacznie lepsza przez co wolniej się męczę i mogę zarówno ćwiczyć dłużej jak i biegać dalej. Półmaraton nie jest już dla mnie dystansem zabójczym. Dzięki systematyczności, biegach po lesie (podbiegi), moja szybkość też uległa poprawie. Oczywiście gepardem nie jestem i nigdy nie będę. Jednak mój ostatni półmaraton w Toruniu przebiegłam w czasie 2 h i 2 min, a więc porównując to do pierwszego półmaratonu w tym roku (Gdynia, marzec) to poprawiłam czas o 18 min!!! Jest progress, który widzę i czuję. Wszystko to dzięki systematyczności i nieodpuszczaniu mimo, że jesienna aura naprawdę współgra z Panem Niechcemisię.

Jest końcówka roku, koniec sezonu startowego i w związku z tym pojawiły się plany i nowe cele na 2020. Postanowiliśmy w pierwszym półroczu zdobyć koronę polskich półmaratonów. Mamy zaplanowane biegi w: Sobótce (21.03.), Gdyni❤️ (29.03.), Białymstoku (10.05.), Warszawie (23.05.) i Wrocławiu (20.06.). Między czasie oczywiście nasze gdyńskie dyszki – bieg urodzinowy w lutym i europejski w maju. No i nasz ulubiony Wingsforlife w maju. To jest to co będzie napewno (oczywiście o ile nic nam nie stanie na przeszkodzie). Gdzieś tam z tu głowy pojawia się myśl o maratonie, zwłaszcza że kuzynka Kinga się wybiera, a więc trochę zazdrość jest, jednak obawiam się, że to jeszcze za wcześnie. Myślę, że na 35 km umarłabym i tyle by z tego było. Powiedziałam sobie, że decyzję podejmę po Sobótce bo tam to jest podobno rzeźnia. Mich taki maraton by już spokojnie przebiegł, jednak liczę na to, że poczeka na mnie.

A więc, idąc do brzegu, nie poddajemy się, ćwiczymy dalej i biegamy coraz lepiej. Jeszcze gdyby tylko czekolada mi zbrzydła to byłoby bosko😉. Pozdrawiamy Was ciepło.

Kapsułki, tabletki i inne wynalazki.

Większość z Was spotyka się z suplementami diety czy to na siłowni, w sklepie sportowym, czasem już nawet w spożywczym, czy też w sklepie typu rossman. Można czasami dostać pierdolca od reklam suplementów na wszystko, na opalanie w słońcu, na opalanie bez słońca, na wodę podskórną i na za dużo wody w kałuży;). Jednak są też takie, które faktycznie się sprawdzają, niektóre wydają się wręcz niezbędne. Opowiem Wam o tych, które naszym zdaniem są warte uwagi.

Witaminy i minerały, od nich zaczniemy bo moim zdaniem akurat są najważniejsze ze wszystkich suplementów. Uwierzcie, że dla osoby trenującej dostarczenie odpowiedniej ilości witamin jest bardzo trudne, a może nawet i niewykonalne. Nie do każdego posiłku jemy przecież pół kilograma różnorakich warzyw. Jeżeli ktoś sugeruje się dziennym zapotrzebowaniem podanym na opakowaniu, musi mieć świadomość tego, że podane RDA jest dla Kowalskiego ważącego 75 kg, który oprócz pracy nic nie robi. Dla przykładu podana ilość witaminy c ma po prostu zapobiegać chorobie dziąseł. Nikt nie uwzględnił przy tym, że nasz mózg i inne organy potrzebują również tej witaminy. Wiec to RDA jest takie na przeżycie. A więc wyobraźcie sobie ile potrzeba takich witamin gdy intensywnie trenujemy. Przykładów można by dać wiele jak np witamina D3, można by napisać cały artykuł. Jakie wybrać witaminy? Najlepiej takie kwalifikowane jako wyrób medyczny, chociaż my bierzemy te z Olimpa albo Bodymax z żeńszeniem lub wersje Sport.

Drugie na mojej liście będzie białko 🙂 shake białkowy jest chyba wszystkim znany i nie muszę tu się rozdrabniać co to jest. Traktuje go trochę jak zapchaj dziurę kiedy nie mam pomysłu na posiłek. Mam duże zapotrzebowanie na białko, a dość wolno trawie więc taki półpłynny posiłek jest dla mnie na plus. Do tego banan i dwa surowe żółtka i mamy idealny posiłek potreningowy. Nie zawalimy sobie żołądka, mamy czas, żeby spokojnie się ogarnąć i wrócić do domu. Białko jest raczej suplementem praktycznym niż mającym wpływ na nasze zdrowie.

Probiotyki, probiotyczne bakterie zwał jak zwał, w skrócie bakterie, które wspomagają pracę jelit. Musimy pamiętać, że nasza odporność zaczyna się w układzie pokarmowym. Dobrze więc jest zadbać o stan flory bakteryjnej, bo tym samym dbamy o naszą odporność. Można się suplementować, ale są również sposoby dla smakoszy 😉 jeżeli uwielbiacie tatar z surowym żółtkiem, albo zajadajcie się kiszonkami, wasze bakterie napewno będą miały się wybornie. My stosujemy kapsułki, bo tatar się nam przejadł, a kapuchę jemy sporadycznie.

Jeżeli koksujecie bankowo spotkaliście się z kreatyną. Krótko i zwięźle: robisz treningi siłowe? Bierz. Biegasz sprinty na krótkich dystansach? Bierz. Biegasz długie dystanse? Nic Ci nie da. My nie bierzemy, w sumie sami nie wiemy dlaczego.

Bcaa, to takie aminokwasy czyli składowe białka, które są dla nas niezbędne. Znajdują się np w wielu produktach mięsnych, więc jeżeli miska gra to nie ma potrzeby uzupełniania tych składników. Jednak można, my stosujemy często po treningu, lub przed albo między treningiem, a cardio. Czy daje jakieś widoczne efekty? Raczej nie, ale jeżeli jest coś dla naszego organizmu niezbędne to czemu sobie nie zaszaleć? 😉

Glutamina, kolejny aminokwas. My akurat mamy go razem z bcaa więc nie stosujemy go osobno. Twierdzi się, że poprawia odporność z racji tego, że pomaga uszczelniać nasze jelita. Rozszczelnianie naszych jelit następuje z wielu powodów: ciężkie treningi, biegi długodystansowe, gluten, oczywiście niezdrowe jedzenie, stres i wiele innych. Ten aminokwas oczywiście występuje naturalnie więc znowu jak gra miska nie jest konieczny.

Termogeniki, czyli te spalacze tłuszczu, którymi wszędzie nas kuszą. Pat często ulega i kupuje, ale po pierwszym lub drugim dniu stwierdza, że strasznie źle się po tym czuje. Tabletki sobie leżą i leżą i nie wiem po co dalej je trzymamy ;). Ja kiedyś brałem, ale oprócz faktycznie dziwnego samopoczucia efektów nie widziałem. Myśle, że tu lepiej popracować nad miską niż psuć sobie zdrowie. Pat już więcej nie kupi. Nic to warte.

Wybór należy do Was. My raczej nie będziemy rezygnować z suplementów, układamy sobie dietę sami więc napewno ma duże braki witaminowe i mineralne. Poza tym trochę lubimy ;). Fajnie iść do sklepu z suplami i poczuć się jak superprofesjonalny zawodnik i powybierać co nie co. A jak to wyglada u Was?

Mich

Siłownia i bieganie.

Czyli jak połączyć jedno z drugim. Czy warto? I wszelkie tego typu moje przemyślenia.

Pierwsze co nasuwa mi się na myśl to czy chcemy być biegaczami i robić wyniki, czy może biegamy tylko dla fanu ale chcemy zbudować fajną sylwetkę.

Jeżeli chcemy osiągać lepsze czasy na biegach siłownia będzie mega na plus. Trening siłowy zwiększy siłę ogólną co się przełoży na więcej siły biegowej. Trening kulturystyczny pomoże zbudować więcej masy mięśniowej co się przełoży na możliwość zbudowania większej siły. Również zwiększając masę mięśniowa zwiększą nam się zbiorniki na glikogen mięśniowy, który jest głównym źródłem energii. O planku i mięśniach głębokich nie będę pisał bo w internecie aż kipi od treningów na ta cześć tak ważną dla biegaczy. Na siłowni możemy zrobić też trening dynamiczno-wytrzymałościowy. Swingi z kettlem wzmocnią nasz tylni pas mięśniowy w tym pośladki, też mega ważne przy bieganiu, zwiększając czas swingów pozytywnie wpłyniemy na naszą wydolność. Zwiększając ciężar kettla zrobimy trening wytrzymałościowe-siłowy. Jak widzicie w tym zakresie opcji jest wiele, moim zdaniem trening na siłowni powinien być wykonywany cały rok. Bez względu na przygotowania do zawodów itd. Można w tym okresie zmniejszyć obciążenie treningowe. Myśle, że trening na siłowni oprócz wymienionych wyżej korzyści będzie niwelował również dysproporcje związane z ciągłym bieganiem (np silne nogi i słabe ręce).

Kwestia druga, chcemy wyglądać jak Emilian Gankowski ale lubimy dużo biegać. Po pierwsze jedzenie. Choćbyśmy niewiadomo ile km biegali, ile dźwigali i ile czasu spędzali na siłowni bez odpowiedniej zbilansowanej diety nie osiągniemy wyglądu kulturysty. Ale nie o tym będę pisał. Z mojego punktu widzenia sytuacja wygląda tak: jeżeli biegaliśmy już długo przed siłownią, nasz organizm jest do tego przyzwyczajony nie ma problemu. Robimy trening siłowy, biegamy sobie dla pociechy i palimy przy tym zbędną tkankę tłuszczową, a na siłowni robimy mięcho. Sytuacja zmienia się gdy zabieramy się za jedno i drugie naraz. Pobiegliśmy dziś, jutro trochę porzucamy żelastwem, pojutrze może znowu bieganko itd, itd. Kończymy w najgorszym wypadku z kontuzją, w najlepszym jesteśmy przemęczeni i już nam się nie chce ani siłowni, ani biegać. Wszystko z głową, małą łyżeczką. Możemy zrobić trening siłowy i potruchtać po 10-15 min i zrobić dzień czy dwa przerwy. Będzie to o wiele bezpieczniejsze. A co gdy chcemy robić formę na lato i do tego biegać szybko? Wydaje mi się, że tu już wszystko by musiało być dopięte na ostatni guzik. Dieta, treningi biegowe, treningi siłowe, odpowiednia regeneracja. Np. Cykle na masę mięśniowa nie mogłyby się pokrywać z okresem startowym, z kolei na redukcji mamy obniżoną kaloryczność i mniej glikogenu (naszego paliwa), więc czy możemy biegowo trenować na 100%? Oczywiście można w ten dzień zjeść więcej, no ale wtedy wychodzimy z deficytu. Sprawa dla wielkiej mądrej głowy ;). Chociaż moim zdaniem najprościej byłoby zrobić sylwetkę, a dopiero po tym zająć się szybkim bieganiem.

Jeżeli się zastanawiacie jak mi się udaje chudnąć i robić lepsze wyniki, to nie za sprawą wielkiej mądrej głowy. Po prostu ważę mniej więc biegam szybciej ;).

Mich

Skąd ta motywacja?

Często słyszymy pytania typu „skąd mamy siłę na cwiczenia”, albo „co nas motywuje”, a czasem nawet stwierdzenia „że wam się chce”. Pyta rodzina, przyjaciele, a także znajomi. Pytamy się sami siebie. Co nas mobilizuje?

Punkt widzenia Pat 😉

Moją historię już znacie, dupsko ruszyłam bo było za duże 🍑😔. Sport w moim życiu był zawsze. Już jako 5 latka zapieprzałam na rowerku jak Armstrong, ale moim dopalaczem była czekoladka, którą jak mówią rodzice kochałam. W szkole podstawowej była piłka ręczna i nawet nieźle mi to szło, ale kolanko mi się zwichło i dupa. Po powrocie do formy (rehabilitacja, zastrzyki, masaże) od boiska sportowego bardziej mnie interesował papierosek i jakieś piwko z moją bandą podobnych do mnie. No cóż taki wiek. 5 lat mi to zajęło, czy to długo? Wydaje mi się, że szybko, niektórzy jeszcze się z tego nie otrząsnęli😉. Czas studiów to czas nauki, pracy, dużej ilości jazdy na rowerze. Sport się przewijał. Dorosłe życie to już inna bajka. Co mnie było więcej tu i tam 🙂 to szybko sport był mi za pan brat, a jak mi się nudziło to znów było mnie więcej i tak minęło 10 lat w tej karuzeli mojego sportowego życia.

Jak jest teraz? Teraz jestem dojrzała, żeby nie powiedzieć stara, a co za tym idzie nie wystarczy, że odejmę łyżeczkę cukru i podbiegnę na autobus i już 10 kg mniej. Teraz to ja się muszę kur.. napocić i to nie jeden, nie dwa, ale 9 miesięcy regularnych okropnie ciężkich treningów i mogę cicho powiedzieć, że jest progress. Mówię cicho, żeby tego progressa nie przestraszyc😉. Teraz to ja szanuję ten pot, te obolałe mięśnie i siebie. Doceniam, że nawet jak mi się cholernie nie chce to jednak idę. Co mnie motywuje? Ja sama, a wspiera mnie w tym majdarling. Na początku roku, jak co roku😉, obiecałam sobie, że zmienię mój styl życia na jakże modny healthylifestyle, że znów zacznę biegać. Obiecałam sobie, że już na tą karuzelę nie wrócę (karuzela patrz akapit wstecz). A jak nie jestem w stanie obietnicy dotrzymać wobec siebie to jakbym mogła składać je innym. Ja sama jestem swoim największym motywatorem bo nikt nie zrobi tego za mnie. Nie lubię się wstydzić przed samą sobą, że nie zrealizowałam założonego celu. Przecież nie po to go sobie wytyczałam. I trwam w tym postanowieniu do dziś. Lepiej się czuję, mam więcej energii i podoba mi się to co widzę w lustrze. Podoba mi się też jak spogląda na mnie Mich, a dzieciaki chwalą się, że mama biega i chodzi na siłkę. Czuję, że nie zawiodłam samej siebie, a to sprawia, że czasami nawet jestem z siebie dumna. I gdy odwiedza mnie gość o nazwisku Niechemisię to przypominam sobie to noworoczne postanowienie i ile pracy już w to włożyłam, a także karuzelę😉, i gość musi spadać!!! Z nim nie chce się kumplować. Nie chcę pozwolić, żebym znów złapała rocznego lenia. Wiem, że robię to dla siebie i wkładam w to kupę pracy i energii. Na szczęście moja druga połówka wspiera mnie w tym i to ułatwia zadanie. Fajnie, że czasem to on wyciąga mnie na trening, a jak sam nie może to usłyszę „widzimy się po twoim treningu”.

A więc kochani, jak odwiedza was Mr Niechcemisię to sprzedajcie mu soczystego kopa w dupsko, a sami przypomnijcie sobie po co to robicie (?). I nie ma wymówek! Marsz na trening.

Z punktu widzenia Micha.

Pat zaczęła wpis od sportu w dzieciństwie, więc też tak zacznę. Do 13-14 roku życia byłem sportowym beztalenciem. Do tego grubszy niż rówieśnicy i bez żadnych sportowych uzdolnień. Jak możecie się domyśleć łatwo stałem się tym „gorszym”. Grając w piłkę byłem raczej pośmiewiskiem, a że byłem słaby i gruby to koledzy pozwalali sobie na nieco więcej „obrazy”. Później pojawiła się deskorolka, coś nowego, każdy zaczyna więc miałem szanse nie być najgorszy ;). Orłem ostatecznie nie byłem, ale schudłem i się świetnie w tym okresie bawiłem. W którymś momencie, gdy nie było mnie stać na kolejny „blat” do deskorolki, zacząłem szukać ruchu w innym miejscu. Tak z rówieśnikami stworzyliśmy w piwnicy własną siłownie. Mieliśmy ławeczkę, całe dwie sztangi i łącznie z 40 kg nakładu (pospawane stare tarcze hamulcowe ;p). Na tym w sumie skończę, żeby Was nie zanudzać, a co najważniejsze zostało tu ujęte.

Poza motywacjami, które kierują większość z nas na trening takich jak lepsze samopoczucie i lepsze sylwetka, kierują mną emocje z dzieciństwa. Zawsze byłem ten gorszy, mam pewien kompleks z tym związany. Chce być od nich lepszy, od moich „oprawców”, którzy się tak ze mnie nabijali przez tyle lat. I biegnąc półmaraton czy robiąc przysiady z masą własnego ciała czuję się lepszy. Czuję się silniejszy. Tak na codzień motywuje mnie Pat. Chce się jej podobać, poza tym uważam, że nie ma nic lepszego dla związku niż wspólny trening czy bieganie ;). Fajnie jest mieć wspólną pasję, wspólne cele, cieszyć się z tego razem. To motywuje jeszcze bardziej.

A więc treningi, a raczej ich efekty budują moje poczucie wartości, wzmacniają mnie i pozwalają na rozwijanie się. Może takie spojrzenie i Was zmotywuje do działania.

Pat&Mich

Coś o imprezach, oczywiście biegowych…

Przeglądanie kalendarza biegowego jest u nas normą. Ostatnio pod wpływem serialu „Most nad Sundem”, zacząłem szukać biegu przez ten most, trafiłem na stronę z biegami przez różne mosty na świecie. To pchnęło mnie w świat biegowych marzeń. Zacząłem myśleć o nocnym półmaratonie we Wrocławiu, który cholernie mi się marzy, kolejno o biegu w sobotę, jednym z cyklu Kaszuby biegają. Tak właśnie pojawił się pomysł o tym wpisie.

Półmaraton we Wrocławiu to podobno jedna z piękniejszych imprez biegowych. Faktycznie zdjęcia podświetlonych nocą mostów, pełnych biegaczy, robią niesamowite wrażenie. W tym roku nie zdążyłem się zapisać więc pozostał on w strefie marzeń ;). Dlaczego chwile później pomyślałem o biegu na Kaszubach? Chyba stworzyłem sobie kontrast w głowie, ciche leśne ścieżki przy jeziorze, garstka biegaczy (300-400?), kontra tłumy w wielkim oświetlonym nocą mieście. Różnorodność biegów jest niesamowita. A lista tych, które chciałbym zaliczyć z Pat jest coraz dłuższa.

Każdy inny, każdy ma w sobie coś co uwielbiam np. Bieg nocny świętojański u nas w Gdyni, koniecznie bez słuchawek, aby w ciszy słyszeć tupot tysiąca butów biegaczy. Półmaraton też w Gdyni, masa kibiców, świetna impreza. Bieg urodzinowy Gdyni, przy ul. Świętojańskiej grupy uczniów z różnych szkół kibicujące. Bieg do źródeł w Gdańsku, jako typowy bieg rodzinny z masą atrakcji dla rodzin z dziećmi, urzekł naszą całą rodzine. Iglotex bieg na 15 km, cisza, leśny spokój i przepiękna malownicza trasa przy jeziorach. Kolbudzka dycha, prawdziwe wyzwanie dla samego siebie, podbieg za podbiegiem, podbiegiem popychany. No i wisienka na torcie : Wings for life, goniąca mnie meta, coś pięknego!

Jak widzicie bieg, biegowi nie równy. W każdym jest coś pięknego, albo biegniesz z tłumem, albo walczysz sam ze sobą, albo meta Cię goni. Osobiście lepiej się czuje w tych masowych, kibice zawsze dodają mi energii i czuć klimat całej imprezy. A moim faworytem cały czas jest Wings for life, pare lat temu byliśmy z Pat, bieg w Poznaniu, tłumy ale to wielkie tłumy ludzi, miałem wrażenie, że wszystko dookoła żyje tym biegiem, świat zniknął, jest wyścig! Dlaczego wyścig? Otóż bieg nie ma określonego dystansu, Twój dystans kończy się tam gdzie złapie Cię meta. Jakiś czas po starcie biegaczy rusza samochód, który jest metą jak Cię dogoni kończysz. Wyobraźcie sobie biegniecie szesnasty kilometr, a gdzieś zza waszych pleców dochodzą krzyki „jedzie!!!”. Uwierzcie mi, przed żadną metą takiego speeda nie dostałem jak wtedy ;). Warto wystartować nawet jeżeli dopiero zaczynacie.

Tak bardzo uwielbiam imprezy biegowe, że mógłbym startować co tydzień. Kto jeszcze nie startował, zachęcam! Pamiętajcie, że nie każdy start to walka o życiówkę, biegamy bo kochamy to robić, więc niech i na przyjemności będzie tu miejsce.

Mich

Fit or not to fit, oto jest pytanie.

Pamiętacie wpis “Miało być na luzie…”? Pisałem tam o tym, że już czas na policzenie kcal itd. Szczerze? Nie wyszło nam. Skończyło się na dokonaniu obliczeń makro. Minęło parę dobrych tygodni i znów do tego wracam….

Przez te kilka tygodni sylwetkowo i wagowo zmieniło się niewiele i u mnie jak i u Pat. Chcieliśmy jeść zdrowo, uprawiać sport, czuć się dobrze i przede wszystkim schudnąć. Wszystko się udało 🙂 Pat wchodzi już w swoje ciuchy z magicznej skrzynki “jak schudnę”, ja nie mam już gigantycznej opony i nawet nie mam już nadwagi. Czujemy się świetnie, bieganie i treningi stały się naszym chlebem powszednim, jemy super smaczne zdrowe jedzenie, tu akurat zasługa Pat, która złapała bakcyla na gotowanie i pieczenie zdrowych przysmaków. Czego chcieć więcej?

Pat ciągle narzeka na swoje plecy i chciałaby mieć bardziej umięśnione pośladki (teraz wtrąca że ręce też mają wiele do życzenia), a mi się nie podoba mój brzuch i marzy mi się “żyłka” na bicepsie. W sumie moje nogi też powinny zyskać parę cm w obwodzie. A jak widać, przez te kilka tygodni na naszym zdrowym jedzeniu i treningach nic nie zyskaliśmy. Skończyła się nasza dobra passa chudnięcia, niestety dietetyczka Pat, w sumie to też dwa razy u niej byłem, nie wykazała się jakimiś zmianami w diecie, właściwie to od dłuższego czasu większość zmian jest po naszej stronie. Dała nam za to dietę oczyszczajaca (na tydzień) same warzywa i owoce. Dla kobiety, która pracuje umysłowo i do tego 6-7 razy w tygodniu ciężko trenuje i dla chłopa ważącego 90kg, pracującego fizycznie i również ciężko trenującego, chyba nie bardzo ta dieta! Może geniuszem dietetyki nie jestem, ale kot by zdechł, a my to się za głowy łapaliśmy. Zrezygnowaliśmy z usług dietetyczki i postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce.

Jak to u nas bywa, rozmowy o liczeniu kcal trwają już około tygodnia. Mamy, w każdym bądź razie, policzone zapotrzebowanie i podział na makro. Podejdziemy do tematu dość “kulturystycznie” i spróbujemy na sobie metody Piotra Głuchowskiego, który osobiście mi tą wiedzę przekazał :). Jedyne co zmienimy to pozwolimy sobie na 10% szaleństwa, a mianowicie, jeżeli ja mam do spożycia ok 3000 kcal dziennie to 300 kcal zjem lub wypije w postaci np. marsa czy mega słodkiej mrożonej kawy. Tak, żeby nie zwariować. Pat nie wiem jeszcze co będzie podjadać w ramach swoich 10%, ale kebaba w to niestety nie zmieści :P.

Cardio i spalanie tłuszczu.

Odkąd prowadzimy blog, ćwiczymy i biegamy, wielu naszych znajomych ruszyło tyłki z kanapy. Zaczęły się siłownie, spacery, marszobiegi i pytania. Co robić? Czy ciagle cardio? Jak zacząć biegać? Czy to też cardio? W między czasie przeczytałem na instagramie kolegi pytanie, które również przyczyniło się do tego wpisu, mianowicie : czy Kowalski zaczął chudnąć bo jeżdżąc na rowerze robił cardio, czy dlatego, że w ogóle zaczął się ruszać?

Dobre pytanie prawda? Odpowiedzi mogą być różne, zależą od…. Kowalskiego. Przede wszystkim dlaczego utarło się, że cardio to najlepszy spalacz tłuszczu? Otóż dlatego, że Kowalski robiąc trening aerobowy wykorzystuje tłuszcz i tlen jako główne źródła energii. Ma to sens, robi dużo cardio – pali dużo tłuszczu, czyli chudnie. To się sprawdza oczywiście gdy Kowalski je mniej kalorii niż zużywa. Bo co z tego, że rypnie 60 min cardio, a później zje “trochę więcej” i jego deficyt się wyrówna, czyli nie schudnie.

Co jeżeli jednak Kowalski nie robi cardio? Czy dalej może schudnąć? Oczywiście. Kowalski zaczyna przygodę z bieganiem. Nie wie, że żeby jego organizm spalał tłuszcz powinien biec w tempie aeorobowym, ale mimo tego biega żeby schudnąć. Męczy się, maszeruje, znów biegnie, dyszy, sapie. Nic wspólnego z treningiem aerobowym to nie ma, a chudnie. Dlaczego? Zużywa energię, męczy mięśnie, tworzy dług tlenowy. W organiźmie zachodzą procesy, które będą zużywać energię jeszcze długo po wysiłku (np. regeneracja). No i oczywiście musi szanowny Kowalski jeść odrobine mniej niż potrzebuje.

Więc co Kowalski powinien robić żeby schudnąć? Jeżeli jego waga od dłuższego czasu stoi w miejscu, i zacznie się ruszać niezależnie czy to będzie cardio czy marszobiegi (treningowo zbliżone do interwałów), zacznie chudnąć. Bo jeżeli jego waga stoi, a zacznie w jakikolwiek sposób spalać kalorie – będzie chudł, oczywiście jeżeli będzie jadł tak samo. Ci, którzy się znaja powiedzą, że musi być odpowiedni rozkład makro itd. Oczywiście, macie racje. Można iść od razu do dietetyka, do trenera itd. i zabrać się za to na 100%. Ja na przykładzie Kowalskiego chce pokazać, że żeby chociażby schudnąć, nie trzeba tych specjalistów. Wielu ludzi to zniechęca, a wystarczy ruszyć dupę i popatrzeć na swój talerz. Wracajac do tematu, co Kowalski ma zrobić jak przez ostatni czas jego waga rosła? Wtedy sam ruch może nie wystarczyć. Może być tak, że jego waga po prostu przy większej aktywności fizycznej stanie. Musi wtedy po prostu wyrzucić np. dwie kromeczki z kolacji.

Jak Kowalski powinien zaczać cardio lub bieganie? Jeżeli chodzi o bieganie to chyba większość zaczyna w ten sam sposób tzn. marszobiegi. Przetruchtać ile się da i kawałek się przejść, żeby odpocząć, wielu nowicjuszy sobie nawet z tego nie zdaje sprawy, ale jest to swojego rodzaju interwał. Taki marszobieg powinien Kowalski dostosować do siebie, jeden Kowalski waży 120kg i dla niego na początku 2 km wystarcza w zupełności, inny Kowalski zaś będzie ważył 85 kg i dla niego 5 km nie będzie problemem. Nie ma złotego środka, Kowalski musi patrzeć po sobie. Jeżeli chodzi o cardio, dla jednego może to być szybki marsz, dla innego powolny trucht. Jak Kowalski może to sprawdzić, gdy nie ma odpowiedniego sprzętu? Po pierwsze i właściwie najważniejsze czy możemy rozmawiać? Kowalski powinien być w stanie wypowiedzieć krótkie zdanie, po czym musi zaczerpnąć powietrza, jeżeli jest w stanie rozmawiać cały czas, idzie (biegnie) za wolno, jeżeli zaś jest w stanie mówić tylko po jednym słowie, jest z kolei za szybko.

Chciałbym, żeby ten wpis został potraktowany jako motywacja dla Kowalskiego, żeby Kowalski zrozumiał, że nie trzeba wiele, żeby zmienić tak wiele.

Mich

Nasza siłownia

Ostatnio dość często pojawiają się u nas wpisy o treningu siłowym, dlatego chcemy opisać siłownię, w której ćwiczymy. Być może po przeczytaniu ostatniego wpisu Pat odnośnie dźwigania ciężarów, wiele z Was drogie Panie zdecyduje się na chwycenie hantli w dłoń;). Zaznaczę, że to nie jest wpis reklamowy, jest to nasza opinia. Nikt nam za to nie płaci (niestety :p).

Dopóki nie pojawiło się Calypso w Gdyni na Witominie, bywaliśmy na różnych siłowniach. Ta osiedlowa była ok, ale mała i norowata. Ta u Tygrysa, w tym dużym centrum handlowym niby ok, ale brak okien i towarzystwo jakoś nie specjalnie zachęcało nas do wyboru tego miejsca. Potem była zmiana sieciówki. W jednej i drugiej było dość mało odpowiadającego nam sprzętu. W Riv nawet były pochowane większe hantle bo jak stwierdził jeden z pracowników “nie chcemy tu ściągać nieodpowiedniego towarzystwa”. Dacie wiarę? Teraz już tak nie jest. Kilka lat wcześniej w miejscu Calypso była inna siłownia, której byłem pracownikiem. Pracowałem jako trener i recepcjonista (dziwne połączenie, ale oszczędność klubu duża). Od tego też chciałbym zacząć, dwa lata przesiedziałem za biurkiem, bądź pełniąc dyżury trenerskie i prowadząc zajęcia. W calypso nie ma czegoś takiego, trener to trener, recepcjonistka to recepcjonistka. Szukając pomocy trenera nie szukasz go za biurkiem bo od otwarcia klubu do zamknięcia jest na sali. Na recepcji są dwie osoby dzięki czemu nie ma kolejek i zawsze jest ktoś do obsługi. Rano gdy przychodzimy jest Pani, sprzątająca, później też się pojawia więc jest czysto. Pomyśleć, że w poprzedniej siłowni te 3 osoby zastępowała jedna. Czekasz na kluczyk bo trener/recepcjonista/obsługa techniczna musi akurat powkładać papier toaletowy, trochę żenada… Więc jeżeli chodzi o obsługę nie mamy zastrzeżeń, wszyscy są mili, uprzejmi i uśmiechnięci. Zawsze usłyszę “cześć” na przywitanie i pożegnanie ;). Trenerzy nie są nachalni ale jak trzeba to podpowiedzą i pomogą.

W cenie karnetu można się zważyć i zrobić analizę składu ciała, na takim urządzeniu jakim waży się Pat u dietetyczki. Trenerzy zawsze tłumaczą wyniki więc nie czeka Was godzinna analiza w domu z wujkiem google. To moim zdaniem jest duży plus, można na bieżąco sprawdzać swoje postępy. Poprzednia siłownia też miała taką możliwość, ale trzeba było się umawiać na godzinę i czekać na odpowiednią osobę. Tu przychodzisz i zrobisz to od ręki bo trener jest zawsze na miejscu.

Co do sprzętu i zajęć. Na zajęcia nie chodzimy więc nie będę się wypowiadał. Jest jeden minus zajęć crossowych. Odbywają się w strefie cross, która znajduje się w przejściu między maszynami, a wolnymi ciężarami. Nie jest to jakiś wielki kłopot i z czasem można się przyzwyczaić, jednakże nie może być za słodko. My z Pat organizujemy sobie trening albo w godzinach gdy nie ma tych zajęć albo robimy te partie, które da się zrobić poza bramą crossową. Jeżeli chodzi o sprzęt, ilość i jakość nie budzi moich zastrzeżeń. Nawet w poniedziałki późnym popołudniem, gdy wszyscy wpadają na “klatę i biceps” plus zajęcia cross, jest gdzie się podziać. Czekamy tylko wtedy, gdy ja się faktycznie uprę na jakieś konkretne ćwiczenie, a jest sprzęt zajęty ;). Jest dużo maszyn dla laików, dużo maszyn do cardio, fajnie ustawionych wzdłuż rozciągających się przez całą siłownie okien. Minus okien to brak rolet, a około 6:45 słońce daje na twarz podczas ćwiczeń na orbitreku ;););), ale to tylko minus z samego rana. Jest duża dobrze wyposażona strefa cross, kettle, worki bułgarskie, piłki. Jakiego treningu byście nie chcieli zrobić to z powodzeniem w Calypso znajdziecie odpowiedni sprzęt.

Dodatkowym plusem, co Pat ciągle podkreśla, jest ciepła woda pod prysznicem 💦. Może Wam się to wydawać oczywiste, ale w poprzedniej sieci, która była na tym miejscu tej wody ciągle brakowało i było ☃️🥶.

Myślę, że Calypso jest klubem godnym polecenia. Jeżeli się zastanawiacie nad wyborem to my gorąco polecamy, oprócz fajnej siłowni na poziomie możecie też spotkać tam nas ;). Myślę, że ten ostatni argument Was przekona ;).

Pat ciągle się zastanawia skąd nazwa Calypso bo jej się to kojarzy lodami z dzieciństwa 😉

Mich