Siłownia kontra kobiecość.

Nasz trening to bieganie i siłownia. Multum selfików to udowadnia, a więc zaskoczenia nie ma. Chcę jednak troszkę rozszerzyć temat.

W sobotę byli u nas nasi przyjaciele zza ściany i od słowa do słowa, tak jak zawsze zeszliśmy na temat treningów. Akurat byliśmy po półmaratonie w Pucku, a więc emocje i podjaranie w nas buzowało. Chcieliśmy najzwyczajniej w świecie się chwalić naszym wyczynem. W pewnym momencie nasz rozmówca zapytał mnie, czy ja na siłowni ćwiczę normalnie jak facet czy fitness. Wbił mi ćwieka. Oczywiście spojrzałam na Micha i spytałam jak ja ćwiczę? Okazało się, że jak facet. Przyznam, że nigdy nie rozdzielałam treningu na siłowni na kategorie “jak facet” i “fitness” (z domysłem, że ten drugi trening to dla kobiet zajęcia fitness). Przecież ćwicząc na siłowni “jak facet” dalej jestem kobietą i zachowałam wszystkie cechy kobiece:).

I o tym chciałam potraktować ten wpis. Czy odkąd ćwiczę na siłowni “jak facet” cierpi na tym moja kobiecość? Czy podnosząc ciężary staję się Arnoldem i zaczynają mi rosnąć włosy na plecach i gigantyczne bicepsy? Otóż nie!!! Wraz z przyrostem masy mięśniowej moja kobiecość wręcz umocniła się.

Od wprowadzenia treningu siłowego zdecydowanie poprawiły się zarówno wyniki biegowe jak i wagowe. Także kondycja mojego ciała uległa poprawie. Jak wiecie korzystam z usług dietetyczki, która korzysta z takiej fajnej wagi co to podaje różne parametry takie jak np. poziom tkanki tłuszczowej, czy masę mięśni. Po zmianie nawyków żywieniowych zaczęłam chudnąć. Na początku tylko biegałam. Waga leciała w dół, byłam mega zadowolona, niestety z 6 kg, które zgubiłam na początku prawie trzy to były mięśnie. Mich mi zawsze tłumaczy, że warto mieć więcej mięśni bo pali się kalorie “za darmoszkę”. Tak więc włączyliśmy trening siłowy, Mich na bieżąco dostosowywał rodzaj i ilość ćwiczeń. Podpytałam, że zaczęliśmy od FBW (Full Body Workout), czyli ćwiczenia na wszystkie partie ciała w jednym treningu. Stopniowo zaczął dodawać więcej ćwiczeń i dzielić partie ciała na różne dni. W tej chwili jak to mówi Mich, robimy trening na masę. Hmmm, ja kobieta i trening na masę? Tłumaczy to tym, że aby zapobiec rozpadowi naszej cennej tkanki mięśniowej, należy ją stymulować tak jakby miała rosnąć. W ten sposób odzyskałam swoje 3 kg mięśni, jednocześnie tracąc dalej tłuszcz. Czy bardziej przypakuje? Mich mówi, że kobietom ciężej zrobić duże mięśnie, chociażby dlatego, że mamy malutko testosteronu. Poza tym musiałabym więcej jeść itd. A więc raczej mi to nie grozi. Ogólnie od początku ubyło mi 9 kg tłuszczu, a mięśni trochę przybyło.

Dla mnie zmiana jest na tyle duża i pozytywna, że nie zamierzam zmieniać treningu i dalej będę ćwiczyć “jak facet” pozostając kobietą. Podnoszenie żelastwa nie spowodowało “przypakowania”, a jedynie wysmukliło i ujędrniło ciało. Jestem na dobrej drodze do osiągnięcia wymarzonej sylwetki, ale na fotki w stringach jeszcze za wcześnie 😉.

Siłowo trenuje trzy razy w tygodniu, po tym wrzucam cardio (orbitrek), a pozostałe dni bieganie. Lubię jeść i niestety nie zawsze zdrowo, a więc idzie wolniej niż u osoby, która umiałaby jeszcze trzymać dietę. Z kobiecości nie straciłam nic, a dzięki tym treningom ciało wysmukla się i nabiera fajnych kształtów. Myślę, że te bujdy, że kobieta ze sztangą na siłowni to od razu babochłop to wynik spaczonych stereotypów. A więc polecam trening siłowy żeby nam uda lub ręce nie trzęsły się jak galareta, a i cellulitu było mniej! Amen;)

Pat

Buty, buty, buty …

Historia Kopciuszka jest dowodem na to, że nowa para butów może odmienić życie …

Jestem typową kobietą i kocham buty. Różne, kozaki, sandałki, szpilki, baleriny, sneakersy. Teraz powoli dochodzą do tego buty do biegania chociaż mam zawsze tylko dwie pary, na okres ciepły i okres zimny. Obawiam się jednak, że im bardziej wciągam się w bieganie tym bardziej będę i tych butów potrzebować więcej ☺️😉.

O co chodzi z tymi butami …, sama do końca nie wiem, ale z pewnością niektóre dodają kobiecości, inne uzupełniają strój, a jeszcze inne są mega wygodne. Ja wychodzę z założenia, że kolejna para butów napewno nie zaszkodzi, a może być przyczyną sukcesu (patrz Kopciuszek).

Chciałam się z Wami podzielić, które buty wolę i czy bieganie ma jakikolwiek wpływ na noszone przeze mnie obuwie na co dzień. A więc które modele wolę? Wszystkie kochaniutkie!!! No może chodaków nie ubiorę, chociaż nie mówię hop bo może za rok lub dziesięć będą modne i będę mieć w trzech kolorach. Do pracy i na randkę uwielbiam szpilki👠. Zresztą każde buty na obcasie są po prostu boskie. Wydłużają nogę, wysmuklają sylwetkę i czuję się bardziej sexownie. Ale, ale, ale …, tu właśnie wchodzi bieganie jako przeciwnik szpilki. Niestety (a może i stety) butów biegowych na szpilce nie ma), ale nawet gdyby były to ja z tego autobusu wysiadam. Mimo, że szpilki uwielbiam i raczej dość sprawnie się w nich poruszam, zwłaszcza siedząc, to po długich wybieganiach chodzić w nich nie mogę. Moje łydki nie ogarniają takiego wysiłku. Po takim weekendzie (np jak dziś 19 km) w poniedziałek moje miękkie baleriny będą triumfować. I niestety we wtorek też. Zastanawia mnie czy to kwestia słabych łydek czy po prostu każda z nas tak ma. Michał mi nie powie bo on szpilek nie lubi, dziwne. 😉😂.

Moja recepta. Spróbuje wzmocnić łydki dodatkowym treningiem bo ze szpilek nie zrezygnuję.

A co wole szpilki czy biegówki? Ech ciężki wybór. Na szczęście wybierać nie muszę. Bez biegania byłoby ciężko w końcu to moje drugie życie, a wiec biegowe to mój must have (już myślę nad kolejnymi, ale ciii Mich nie musi wiedzieć). A szpilki … no niby nie są aż tak potrzebne, ale …., dobra są mega potrzebne dla zdrowia psychicznego!!!

A jak u Was dziewczyny? Lubicie 👠🥿👡👢👟?

Pat

XII Iglotex Bieg Czterech Jezior Skórcz – relacja

Dzielenie się z Wami naszymi spostrzeżeniami z biegów weszło nam w krew. W sobotę 06 lipca byliśmy pierwszy raz w życiu w Skórczu, żeby pokonać 15 km trasę. 

XII Iglotex Bieg Czterech Jezior Skórcz, bo tak się ta impreza nazywała, znalazłam w internetach na jednej ze stron z kalendarzem biegowym. Patrzyłam na nią niepewnie z powodu dystansu – 15 km. Nie byłam do końca pewna czy ogarnę taki dystans, bo co do Micha nie miałam wątpliwości. Mich oczywiście rzucił krótkie „pewnie, zapisuj nas, damy radę” i tak decyzja zapadła. Od dnia zapisu do startu mieliśmy około 3 tygodni i w między czasie start w Nocnym Biegu Świętojańskim w Gdyni na 10 km. To pozwalało nam się przygotować i wzmocnić kondycję, która i tak już jest na niezłym poziomie (w porównaniu do stycznia 2019). 

Dzień lub dwa przed startem Mich założył, że musimy się zmieścić w 1 h 30 min. Pomyślałam „chyba Ty” i stwierdziłam, że dla mnie założenie jest nierealne. Wprawdzie złamałam 55 minut na biegu świętojańskim w Gdyni, ale moje ostatnie 2 km były już na ostatkach sił, z wielką walką z samą sobą. Nie wierzyłam, że dokładając kolejne 5 km utrzymam tempo poniżej 6 min/km. Ale przyjęłam wyzwanie i chciałam dać radę złamać te półtora godziny. Kolejna dla mnie nierealna granica do pokonania. Dzień przed startem odpowiednio zjedliśmy oraz wypoczęliśmy – delikatny spacer z psami, kąpiel, film przed tv, sen 8h. Rano czuliśmy się rześcy i wypoczęci, w ciągu dnia tylko Mich musiał skoczyć na parę godzin do pracy, ale staraliśmy się oszczędzać, bo start dopiero o 16:00. Sprawdziliśmy w google map, że dojazd to około 1 h 15 min, odbiór pakietów do 15:45, a więc wyjeżdżamy o 14:00. W momencie wyruszenia z domu pogoda była dosłownie mówiąc chu…a. Padało, było mega zachmurzenie, lekki wiatr. Takich warunków nie lubimy. No, ale nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby zrezygnować, postawiony cel należy zrealizować i koniec kropka. Po wjeździe na obwodnicę trójmiasta wpakowaliśmy się w gigantyczny korek i pan google pokazywał, że dojedziemy na 15:40. Potem kolejne dwa korki. Naprawdę mieliśmy dużą wątpliwość czy zdążymy, do tego ten cholerny deszcz. Dojechaliśmy na 15:38 i ku naszemu pozytywnemu zdziwieniu nie padało. Odebraliśmy pakiety, odnaleźliśmy się z instagramowymi znajomymi Olą i Kacprem (@zawsze.ku.sobie), a potem udaliśmy się na start. I co … ?

I wystartowaliśmy równo o 16:00. Początek dość gęsto (jak zawsze na takich biegach), liderzy wystrzelili z procy, a my szaraczki z nóżki na nóżkę staraliśmy się złapać tempo i potem go nie zgubić. Biegło się naprawdę dobrze. Temperatura około 18 stopni C, opadów brak, trasa bajka. Michał bieg równo ze mną, mieliśmy średnie tempo około 5’30, siły nie spadały do około 9 km. Tutaj już rozstaliśmy się z Michałem (na szczęście nie na zawsze), jego nogi chciały nieść szybciej, a moje mówiły stop, miałam wrażenie że muszę zwolnić. Patrząc po czasie biegu, wiedziałam, że nawet jeżeli zwolnię do 6’00 to złamię półtorej godziny. Michał poleciał, a ja potrzebowałam dosłownie chwili, żeby zebrać siły i dalej cisnąć w tempie między 5’33, a 5’53. Po drodze wyznaczałam sobie kolejne cele do wyminięcia (innych biegaczy), ułatwiało mi to utrzymać tempo i włączyło potrzebę małej rywalizacji. Niestety jednej biegaczki nie dałam rady dogonić, skubana tak przyspieszyła na ostatnim kilometrze, że zanim ja dobiegłam do mety to ona chyba już była na obwodnicy w drodze do domu. Metę przekroczyłam w czasie 1h 24min 49sek, ależ byłam szczęśliwa i dumna. Kolejna granica pokonana i wiem że mogę więcej, że każdy z nas może, tylko trzeba uparcie dążyć i chcieć, nie poddawać się. Mam też to szczęście, że mam Micha, który jeszcze mi nigdy nie powiedział “nie dasz rady” ,ale zawsze wierzy, że czy to w pracy czy w życiu, czy też w biegu sobie poradzę. Mich pokonał trasę w 1h 22min, ale myślę, że gdyby od początku biegł tempem jak ostatnie 6 km to zrobiłby to w 1h 15min. Mich po biegu mówił, że mógłby dalej i szybciej, że biegło mu się bardzo dobrze, a trasa najpiękniejsza jaką biegł. Na mecie czekały na nas medale (bardzo ładne), woda oraz poczęstunek – drożdżówka, banan i spaghetti. Warto dodać, że przed biegiem głównym były biegi dla młodszych uczestników, a także nordic -walking. Było też parę atrakcji dla dzieci takich jak zjeżdżalnie, plac zabaw i różnorakie stoiska. Naszym zdaniem impreza na wysokim poziomie. 

A co możemy powiedzieć o trasie. Faktycznie jest piękna. Początek (dosłownie kilkaset metrów) droga piaszczysta, potem około 1,5 km asfaltu, ale w lesie, potem większość trasy to drogi i dróżki leśne, mijając cztery jeziora biegniemy wzdłuż linii brzegowej. W trakcie biegu przyroda umila nam czas, ptaki śpiewają, a las daje ten niepowtarzalny zapach. Było po prostu pięknie. Warto trasę powtórzyć pieszo, biegiem lub na rowerze. W między czasie można zrobić piknik nad jednym z jezior. My na pewno tam wrócimy. 

Pat

Treningi, dieta, motywacja i wyczekiwane efekty.

Chcę się z Wami podzielić jak wyglądał przed listopadem 2018 roku i jak wygląda teraz mój klasyczny tydzień. Ile czasu poświęcam na treningi i na dietę, czego mocno pilnuję, a co sobie czasem odpuszczam.

Przed listopadem 2018 roku nie chciało mi się ćwiczyć i trzymać diety. Tak jak już we wcześniejszym wpisie wskazałam, że około dwóch lat temu jak zrobiłam cheat meal tak się obudziłam w zeszłym roku w za małych spodniach. Mój klasyczny tydzień wyglądał tak: start dnia bez śniadania, w ciągu dnia wrzucony w „przydrożnym barze – mc czyli restauracja złote łuki, kurczaki niby z kentucky, burger król etc”, potem obiad w domu z duuuuużą ilością węgli i winko albo piwko wieczorem. Czasem wrzucone chipsy, kabanoski, sery, co dusza zapragnie. Żabka była 30 m od domu i każda zachcianka na wyciągnięcie ręki. Oczywiście przy takiej diecie mój zapał do treningów był na poziomie -1, a kondycja wołała o pomstę do nieba. To wszystko dodało mi 12 kg w przeciągu półtora roku. Wiadomo, że kochanego ciała nigdy za wiele, ale … chyba nikt w to nie wierzy.

Na szczęście zatrzymałam się i powiedziałam, że czas wrócić do tego co przecież lubię. Ubrałam buty i pobiegłam. Było ciężko, nawet bardzo. Po półtora km musiałam przestać, oddech ciężki, kłucie w klatce, ogólne wkur(w)ienie na samą siebie. Ale nie odpuściłam. Na połowę stycznia umówiłam się do dietetyczki, a od samego początku stycznia wrzuciłam regularne treningi biegowe i siłowe oraz racjonalną dietę. I jak to teraz u mnie wygląda.

Posiłki jadam od czterech do pięciu dziennie, rozłożone są co 3-4 godziny. Śniadanie to podstawa i o ile nie idę na trening na 6:30 to zjadam je w domu, a gdy trening to po treningu. Przed treningiem pół banana. Śniadanie jest białkowo-węglowe, często są to musli z jogurtem i białkiem proteinowym, pudding chia na mleku kokosowym z owocami, jajecznica albo pasta jajeczna z grahamką. Lubię też parówki mimo, iż wiem że nie są zbyt zdrowe, ale staram się kupować te wysokogatunkowe. Kawy praktycznie już nie pijam, odkąd ćwiczę i jem dość zdrowo mój organizm się jej nie dopomina. Jak już po nią sięgam to wyłącznie dla smaku. Potem jest drugie śniadanie, po zachodniemu to „lunch” – zazwyczaj jest to sałatka z około 100g kurczaka lub półtorej jajka. Warzywa różne, co mam pod ręką. Obiad jest naprawdę klasyczny tylko pilnuje żeby nie było panierek, oleju słonecznikowego (smażę tylko na kokosowym lub smalcu) i białych sosów, no i oczywiście glutenu. W spaghetti zamieniłam makaron klasyczny na ryżowy, a burgera robię bez bułki, ale za to z frytkami z ziemniaków lub batatów. Kolacja jest bardziej skromna, zazwyczaj jakaś sałatka bez węglowodanów. Piąty posiłek wrzucam jeżeli mam trening w ciągu dnia albo późnym wieczorem, jest to wtedy zazwyczaj jakiś owoc i musli, albo do wieczornego posiłku dorzucam węgle (ryż albo grahamkę). Nie zapominam oczywiście o wodzie, chociaż nadal mam problemy z wypiciem 3 litrów dziennie. Ciągle się zastanawiam jak to jest, że wino łatwiej jakoś się pije ;).

Czy czuję różnicę? Jak cholera i to prawie w każdym zakresie. Po pierwsze waga spadła, nie czuję się pełna i ociężała, mam znacznie więcej energii, nie chce mi się słodkiego (oprócz „tych dni”), nie pijam kawy ani napoi gazowanych (chyba, że prosecco w weekend, a w tygodniu sporadycznie piwo zero), cera jest zdecydowanie gładsza i bez tzw. niespodzianek, śpię lepiej, i mózg lepiej pracuje. Myślę, że to samopoczucie zawdzięczam nie tylko samej diecie, ale też treningom. Trenuje od czterech do pięciu razu w tygodniu, z czego co najmniej trzy treningi to trening siłowy około 1 h i cardio (bieżnia lub orbitrek) 30 min. Dwa pozostałe treningi to bieganie. Jak będę mogła więcej biegać to myślę, że zwiększę ilość treningów. Zazwyczaj biegam zaraz po pracy, ale teraz w tych upałach to wolę wieczorem. Dystans różny, ale waha się pomiędzy 5, a 8 km. Chciałabym powoli go zwiększać. Na siłownie zazwyczaj lecę z Michem przed pracą (6:30 trening start). Lubię z nim trenować bo on wie co robić, zna się na tym, zawsze skoryguje mi postawę i przypilnuje żebym miała odpowiedni ciężar. Każdy dzień mamy podzielony na inne partie ciała. I tak jednego dnia katujemy klatkę, biceps i brzuch, a innego barki i nogi w tym pupa, a kolejnego plecy i triceps. I tak tydzień za tygodniem kręci się nam w kółko. Michał myśli, żeby wrzucić nam jeden trening obwodowy, o czym ma zamiar też napisać. W sumie nie mogę się doczekać. Zawsze nowe rzeczy motywują do dalszego działania. Poza tym nasze ciała dostaną nowe bodźce, które także pozytywnie wpływają na nasz rozwój.

Przez ostatnie pół roku takiego życia wiele się u mnie zmieniło. Odeszło trochę kg, zamieniłam duuuuuużżżżżoooo tłuszczu na mięśnie, sylwetka zmieniła kształt i czuję się o 10 lat młodziej. Energi mam o wiele więcej i jestem na etapie kiedy nie chce mi się przestać. Kończąc jeden trening myślę o kolejnym, ale tak staram się to poukładać, żeby popołudnie mieć dla najbliższych. Czasami wyciągam dzieciaki na rower lub rolki, ale przy obecnej kondycji nie mogę tego zaliczać do kategorii treningu. Fajnie, że im się chce, a dla mnie to jest forma relaksu.  

A więc kochani może Wam się zechce też bo naprawdę warto, dla siebie i lepszego samopoczucia. Oczywiście przeciwko cellulitowi też;) A tak wracając do cellulitu, mój przyjaciel się mnie ostatnio zapytał czy wiem czemu on nie ma cellulitu. Oczywiście nie wiedziałam, ale już wiem. BO JEST BRZYDKI (nie kolega tylko cellulit).

Pat

Skąd w ogóle u mnie to bieganie?

Chciałam zacząć ten wpis jakoś tak wzniośle, np zaczęłam biegać bo jest to najlepsza forma aktywności, czułam że muszę zmienić coś w moim życiu i bieganie dało mi wolność …, albo coś w tym stylu. Dupa!!! Blog ma być szczery, a więc nie mogę tu cudów wymyślać. Zaczęłam biegać bo byłam gruba. Było to po pierwszej ciąży, a najtańszą formą aktywności i zawsze dostępną o każdej porze, bez względu na godzinę czy porę roku (w końcu nie ma nieodpowiedniej pogody jest tylko nieodpowiedni strój), było bieganie. Na początku szło ciężko, zresztą na każdym moim początku w bieganiu jest ciężko. Jednak gdy zauważyłam, że z każdym treningiem mój organizm potrafi pokonać coraz większy dystans bez wypluwania płuc, połknęłam bakcyla. 

Przez 11 lat było wiele przerw. A to kontuzja, lenistwo, druga ciąża, jakiś dół, zmiana pracy, obżarstwo … wymówek było wiele. Po wymówce, gdy znów nie mogłam się zmieścić w ulubioną sukienkę lub dżinsy, przychodził ten moment gdy przepraszałam się z moimi butami do biegania i ruszałam. I uwierzcie mi, za każdym razem gdy wracałam, nie mogłam pojąć co mi się w tej głowie poprzestawiało, że przerywałam. Przecież to kocham. Dlaczego? Teraz mogę napisać coś głębszego – MÓJ SPOKÓJ TO BIEGANIE!!! Pierwsze dwa km są dla mnie męczące, wydaje mi się, że na cholerę mi to, mogłam poleżeć. Potem przychodzi to mega fajne uczucie, wolność myśli, zero spiny, stresu, uwalniają się endorfiny. Jestem ja i moje buty, ja i las, albo ja i droga, zwał jak zwał. Jest fajnie. Kiedy poprawiam wyniki, czy to dystansu, czy czasu, albo po prostu biegnę w moim kochanym wiczlińskim lesie sama dla siebie, czuję radość, spełnienie i satysfakcję. Przesuwam swoje granice, wiem że mogę więcej niż mi się wydaje, a moja głowa jest uwolniona od ciężkich myśli. No i co najważniejsze, won celullicie :). 

Dodatkowo, co jest w moim przypadku kolejnym plusem biegania, jest to nasza wspólna pasja. Moja i Micha, a nic tak nie cieszy, jak realizacja celów ze wsparciem i zrozumieniem ukochanej osoby. O tym jak siebie wspieramy i motywujemy będzie osobny wpis, a więc tu króciutko. Fajnym jest, gdy kolejne km pokonujemy razem, nie tylko te km biegowe, ale przede wszystkim te znacznie trudniejsze, w codziennym życiu.

Uważam, że żadne inne ćwiczenia nie mają takiego wpływu na zrzucenie wagi, poprawę wyglądu i co najważniejsze poprawę samopoczucia. Dla mnie zmęczone ciało to wypoczęty umysł i tego się trzymam. Mam nadzieję, że zapału wystarczy mi na tyle, żeby już nie przerywać. Trzymajcie kciuki i naprawdę polecam to super popularne bieganie. 

Pat

Dieta, jedzenie, miska…

 

Zwał jak zwał, wszyscy wiemy o co chodzi i wszyscy to kochamy!! 🙂

Dieta kojarzy nam się ze ścisłymi restrykcjami, więc mówmy o żywieniu 😉 a więc żywienie w sporcie i w utrzymaniu zdrowego wyglądu jest bardzo ważne, w sumie najważniejsze. … no właśnie, wszyscy to wiemy, a jak jest w praktyce? U nas bywało i bywa różnie, niemniej jednak staramy się bardzo. Głównie za jedzenie odpowiadam ja, ale pod czujnym okiem Micha, gdyż jego wiedza w tym zakresie jest większa. Często Mich mi pomaga co jest dla mnie fajnym wsparciem.

Zwał jak zwał, wszyscy wiemy o co chodzi i wszyscy to kochamy!! 🙂

Od stycznia tego roku korzystam z pomocy dietetyczki. Zdążyłam nabrać już dość dużo zdrowych nawyków żywieniowych i nie muszę trzymać się ściśle ułożonego menu. Poznałam już swój organizm na tyle, że bez ściągi od dietetyczki potrafię przygotować sobie odpowiednie posiłki. W ciągu tygodnia staramy trzymać się harmonogramu, w weekend trochę sobie luzujemy i pozwalamy na więcej 😉 Moje, jak i Micha menu składa się z czterech lub pięciu posiłków w ciągu dnia, o których z chęcią napiszemy później. Po treningu siłowym dodatkowo wrzucamy np białko z bananem. Zapomniałabym o najważniejszym – wodzie. Staramy się pić po 3 litry dziennie, co nie powiem na początku było dla nas lekkim wyzwaniem 😉

Jak wyrobić czasowo?

Nie mam złotej rady, jest to czasem po prostu trudne, wiadomo prowadzimy normalne życie, mamy dzieci, pracujemy, lubimy wyjść z domu. Czasem kosztuje to nas trochę wyrzeczeń 21:45 dzieci w końcu w łóżkach, człowiek sam już marzy, żeby się położyć, a tu wiecznie głodny Mich : kotek, nie mamy jeszcze misek na jutro… Jedzenie na kolejny dzień przygotowujemy więc wieczorem, oprócz obiadu. Nie gotujemy posiłków trudnych, wymagających czasu, a więc obiad robimy po pracy, zazwyczaj na dwa dni. Posiłki pakujemy do pudełeczek i czujemy się jakbyśmy mieli zamówioną dietę pudełkową 😉 Tak funkcjonujemy od jakiegoś czasu i o dziwo da się. Niestety czasami są „wpadki”, a mianowicie zapomnimy z domu pudełek lub po prostu jesteśmy tak zmęczeni po całym dniu, że najzwyczajniej w świecie nam się nie chce. Na szczęście nie wpadamy w panikę w końcu w każdym spożywczym można spokojnie znaleźć wartościowe produkty, które mogą zastąpić nam posiłek. Ważne żeby dobierać je z głową i jeść zdrowo, a nie zapchać się pyszną ciepłą bułeczką popijając pełnym cukru jogurcikiem.

A jak to wygląda w weekend?

Weekend to taki nasz dzień dziecka. Wybieramy sobie jeden dzień – zazwyczaj jest to sobota kiedy skoczymy do knajpy na coś „niezdrowego”, albo po prostu innego, a wieczorkiem wypijemy piwko lub wino. Uważamy, że nie można ciągle żyć z ograniczeniami i wyrzeczeniami bo odniesie to odwrotny skutek. Ja taki błąd popełniłam dwa lata temu i jak potem wpadłam na cheat meal tak trwał u mnie półtora roku. A jak jest u Was? Trzymacie się diety?

Pat

 

Przymusowa przerwa w bieganiu, jak sobie radzę …?

Bieg Europejski Gdynia 2019

Po pierwsze, do końca sobie nie radzę. 

Około 5 tygodniu temu miałam zabieg, który wyeliminował mnie z biegowego świata na trzy miesiące. Ba, myślał, że mnie wyeliminował, ale ja się nie dałam;) Tak serio nie mogę biegać, a przecież przygotowuję się do maratonu i mam opłacone wszystkie biegi w Gdyni i okolicach na pół roku wprzód. Moja recepta: szybki marsz i do tego treningi na siłowni. 

Cały tydzień mam dość dokładnie rozplanowany. Mniej więcej trzy lub cztery treningi siłowe, tzw. splity, które zawsze kończę 15-20 minutowym cardio na bieżni lub orbitreku. I prawie codziennie 5,5 km szybkiego marszu po lesie. 

Oczywiście opłacone biegi realizuję …. idąc. Zamykam imprezę co daje mi (o dziwo) dużą satysfakcję – jestem w centrum uwagi!, wszyscy na mnie czekają, każdy do mnie zagaduje i mam okazję poznać nowych ludzi. Wkraczając na metę jako ostatnia czuje się jak celebrytka! Komentatorzy skandują moje imię, ciesząc się że w końcu mogą iść do domu. Ja udaje, że to z sympatii do mnie 😉 Chce w to wierzyć! Ostatni bieg europejski w Gdyni przeszłam w czasie 1:24:13.

Pozostało mi jeszcze półtora miesiąca rekonwalescencji. Nie narzekam bo treningi, mimo że nie związane z bieganiem, dają mi dużą satysfakcję. Ale o niczym tak nie marze, jak wbiec do lasu i dać ponieść się nogom. W końcu mój spokój to bieganie.  

Pat

Cycki ważna rzecz!

Zawsze Pier(w)si!

Hej,

Ten wpis kierowany jest głównie do dziewczyn, gdyż dotyczy on naszych skarbów czyli CYCKÓW! Oczywiście mężczyźni też je kochają i są naszymi skarbami;), ale ja tym razem bardziej o zdrowiu. Niedawno, czyli 19 maja, brałam udział z przyjaciółkami w biegu kobiet ZAWSZE PIER(W)SI. Bieg ma na celu promowanie profilaktyki raka piersi, a więc regularnych badań, a także konieczność noszenia odpowiedniego stanika sportowego. I ja właśnie o tym! Naprawdę te nasze cycki mogą nam uprzykrzyć ćwiczenia – wiem coś o tym. W nieodpowiednim „stelażu” latają jak oszalałe, co jest niekomfortowe, a czasem nawet bolesne. Jest na to rada – dobór odpowiedniego stanika przez brafitterkę. Nie róbcie tego same. Wybierając odpowiedni stanik skupcie się na firmach bieliźniarskich zajmujących się wyłącznie tym. Dlaczego to takie ważne ? – odpowiedni stanik sportowy zapobiega dużym wstrząsom, co niweluje mikrourazy i  ból, dodatkowo stabilizuje piersi, co wpływa korzystnie na ich jędrność i oczywiście poprawia nasz komfort podczas treningu. Bieg staje się przyjemniejszy, a piersi współgrają z resztą ciała. Więc “do brzegu” jak to mówią moi przyjaciele, noście odpowiednie staniki sportowe podczas biegów – WARTO, będziecie zadowolone Wy i Wasze piersi !

Pat